Gdy ktoś zaskakuje cię czymś pozytywnym, a później dodatkowo składa obietnicę, że może być jeszcze lepiej, ciężko jakoś w to uwierzyć. Z reguły pozostaje rezerwa i niedowierzanie. Gdy w zeszłym roku zbliżała się pierwsza edycja Tatra Road Race, była obietnica że będzie świetnie i że będzie ciężko. Najtrudniejszy kolarski wyścig amatorski w Polsce. Profil trasy robił wrażenie. Informacje od organizatora były zachęcające. Zaufałem, pojechałem, wystartowałem. Wyścig od razu wskoczył na pierwsze miejsce w kategorii „wydarzenie roku”, organizator zaskoczył pozytywnie, rzeczywistość przerosła oczekiwania. Było po prostu super! 🙂 Jak bardzo super i dlaczego, opisałem w tym wpisie na blogu.

13613116_1006759886112095_8341457922947025586_o

Salamandra AD2016 🙂

Od razu w zasadzie pojawił się termin tegorocznej edycji, który został zapisany, zaklepany i zabetonowany na stałe w moim kalendarzu. Jak to się mówi, żelazny punkt programu… startowego 🙂 Do tego jeszcze jakoś na początku roku pojawiła się informacja, że Tarta Cycling Events dodatkowo organizuje w czerwcu etapówkę: Nowy Targ Road Challenge. Oczywiście znów świetny marketing, konkretne informacje, super trasa i zapowiedzi… następny termin zaklepany w kalendarzu. Pojechałem, wystartowałem… i znów rzeczywistość przerosła oczekiwania i zapowiedzi. Super wydarzenie, super wyścig, super organizacja, super trasa, moje super zadowolenie 🙂 Następne peany w kierunku organizatora napisane w następnym entuzjastycznym wpisie.

13640768_1224366230930802_6125965645890614014_o

Na starcie

Oczekiwania i zapowiedzi dotyczące drugiej edycji Tatra Road Race były rozdmuchane do rozmiarów wielkiego balonu. Bałem się żeby ten balon nie pękł przypadkiem. Bo czy może być jeszcze lepiej? Gdzie jest kres obietnic, a jednocześnie pomysłów organizatora na takie wydarzenie? Ile w tym marketingu, a ile rzeczywistych możliwości? Oczywiście ufność była. To co widziałem i czego doświadczyłem w zeszłym roku, a także w czerwcu podczas NTRC, kazała mieć pewność, że znów będzie super. Miało też być ciężej. Hasło #HardAsHell miało być wdrożone w życie (a raczej nogi zawodników) na tegorocznej trasie wyścigu. Została wydłużona do 133 km, suma przewyższeń powędrowała ponad magiczne 3 tysiące metrów. Do pokonania trzy razy Bachledówka plus dwa razy Pitonówka. Z tego wynikało, że naprawdę Organizator stworzył nam trasę piekiełko 😀 Miało być ciężko, miało być super!

 

13603466_655200121295557_2012492964750717570_o

Premia górska na Salamandrze

To jak spełniać takie obietnice, można się od Tatra Cycling Events uczyć na specjalnych kursach. Było ciężko jak w piekle, było epicko, było po prostu super. Nawet załamanie pogody niejako wpisało się w ten scenariusz. Wszyscy się bali, że nie powtórzy się piękna pogoda z zeszłego roku, że będzie padać. Widziałem oczami wyobraźni Krystiana i Czarka, jak nocą odprawiają szamańskie gusła, klepią zdrowaśki, zaklinają pogodę, żeby tylko deszcz przegnać. W nocy burza narozrabiała ostro w odpowiedzi, by nad ranem się uspokoić. Deszcz poszedł na wschód, chmury się rozwiały, pokazywało się słońce. Była szansa, że padać nie będzie, przynajmniej na starcie. I tak też się stało.

Było kilkanaście stopni, słońce się pokazywało, na sucho ruszyliśmy ze startu. Do Salamandry było zgodnie ze scenariuszem jeszcze spokojnie, ale na podjeździe zaczęła się już walka. Pilnowałem mocy, żeby nie przesadzić na samym początku i nie zakwasić mięśni od startu. W efekcie wjechałem wolniej niż rok wcześniej, ale z większą ochotą ciśnięcia dalej 🙂 Wjechałem też w tym samym towarzystwie i mam takie samo zdjęcie z Salamandry z Michałem jak rok wcześniej z ręki Wiktora. Niesamowite 🙂

13613516_1006760126112071_3656003931440925599_o

Z Michałem na Salamandrze AD2016 🙂

Niesamowite jest też to, że z Michałem przejechaliśmy razem, w jednej grupie, pełen dystans od startu aż do mety. Śmieliśmy się wcześniej i „umawialiśmy”, żeby Salamandrę wjechać razem. Może Wiktor nas uchwyci? Uchwycił. A później jakoś tak poszło, że w jednej grupie, wspólnie, raz z przodu, raz z tyłu, przejechaliśmy razem całość wyścigu 🙂

Na Salamandrze uchwyciłem jeszcze jednego zioma, Przemka z Białegostoku. On także w naszej grupie wspólnie jechał prawie cały dystans. Aż do Słodyczek, bo tam jego noga okazała się na końcówce mocniejsza.

13661875_655202794628623_8205976855885286583_o

Chochołów, prowadzę grupę

Pierwsza część wyścigu, to ostra gonitwa do przodu, żeby chwytać mocniejsze grupy. Nam się trafiła grupa bardzo kumata, udawało się nawet ustawić momentami wachlarz, dający ładnie po płynnych zmianach. Dzięki temu doganiamy najpierw jedną grupę, później drugą. Nie obijam się, nie kalkuluję, daję mocne zmiany. Dobrze się czuję, noga dobrze podaje, nie ma tu żadnej strategii… po prostu trzeba cisnąc do przodu. Ciśniemy na tyle mocno… że na około 30-tym kilometrze, po zakręcie na Czerwienne widzimy czołowa grupę 🙂 Ludziska obok jeszcze mocniej naciskają na pedały, dyszą jak parowozy, kilku odpada, ale grupę doganiamy. Mam świadomość, że to nie my tak mocno jedziemy, tylko oni pewnie się czarują i na razie opitalają 😛 Po dosłownie pięciu minutach moja świadomość trafia w inny wymiar, gdy mocniejsi z przodu dociskają, a mi robi się ciemno przed oczami. Tasowanie przed Bacheldówką rozrywa całą grupę na strzępy. To by było na tyle, jeśli chodzi o jazdę z czołówką 😛

13653184_1224374847596607_8559887737648051148_o

Drugi raz pod Bachledówkę

Bachledówkę po raz pierwszy tego dnia wjeżdżamy jeszcze na luzie. Namalowana uśmiechnięta buźka na asfalcie wywołuje uśmiech na naszych twarzach, a wymalowane wielkimi literami pytanie: „Co ja robię tu?” odpowiedź: „Walczę!”. Nogi pracują jeszcze dobrze, co najważniejsze głowa też. Później już było z tym tylko gorzej. Bufet na górze… wszyscy się uwijają, podają bidony, kubki z wodą, banany, co sobie dusza życzy. I jeszcze na koniec słyszę, że na następnej rundzie będzie cola i kawa 😀 Szczena padła mi na asfalt i tak po nim szorowała, że miałem ochotę tam zostać na dłużej. Na szczęście uciekający kompani wybudzili mnie z tego błogostanu i ruszyłem za nimi ostro, doganiając na zjeździe.

Znów pracujemy wszyscy zgodnie, grupa się ułożyła. Można zacząć obserwować, kto jest mocny, kto odpuszcza, kto może uciec, a kto już ledwo żyje. Pitoniówka zaliczana po raz pierwszy tego dnia te wszystkie obserwacje weryfikuje. Dzizas, jak ona siada na psychikę. Bachledówka może ma ostrzejszy kawałek. Ale jest krótsza, prosta, widzisz koniec. Nawet gdy chowa się za garbem, wiesz że tam jest. Pitoniówka ciągnie się za to niemiłosiernie, liczysz zakręty w lesie, wyjeżdżasz na otwarty teren. Niby wiesz, że już prawie koniec, ale jeszcze najtrudniejsze przed tobą i końca nie widać. Pitoniówka to nie żadne pitu-pitu 😛

13613309_1005195709601846_1393695496436983233_o

Pitoniówka

Zaraz za pierwszą Pitoniówką widzę ciężkie chmury na zachodzie. Widać, że z nich leje i idzie na nas. Dosłownie za 10 minut zaczyna kropić, padać, ostatecznie lać. Trudno określić ile padało. Wychodząc na którąś tam z kolei zmianę ze zdziwieniem stwierdzam, że nie pada. A to co uznawałem za deszcz, przez ostatnie kilometry było tylko ulewą spod pędzących po asfalcie kół. Zjazdy mokre i niebezpieczne, tarcze mi piszczą. Nie zdarzało się to wcześniej, ale tym razem moje tarczówki w szosie zwracały głośno na siebie uwagę 🙂

13680075_1331747490173286_7335367006934404682_o

Bachledówka

Deszcz wprowadził trochę zamieszania i utrudnił wyścig. Temperatura spadła o kilka dobrych stopni, zrobiło się niebezpiecznie na zjazdach. Dodał też pikanterii całemu wydarzeniu i w jakiś sposób… dodał tez uroku. Tak jak wszyscy pamiętali z zeszłego roku TRR z racji super warunków, tą edycję zapamiętają właśnie ze względu na załamanie pogody. Takie jest kolarstwo. Te warunki jeszcze dorzuciły dodatkowego znaczenia dla hasła #HardAsHell. Naprawdę zrobiło się baaaardzo ciężko i piekło zaistniało w naszych głowach 🙂

Druga Bacheldówka już w zanikającym deszczu. Druga Piotoniówka już praktycznie suchym asfaltem. Wychodzi nawet słoneczko, które suszy ubranie. Cały czas wśród tej samej grupy. Kilku zawodników odpada, kilku doganiamy. Na szczycie Pitoniówki wszyscy z ulgą stwierdzają, że dobrze że jedziemy ją dziś ostatni raz. A trzecia Bachledówka tego dnia już pada na mózg. Do namalowanej buźki rzucam: „Chcesz w gębę???”, na pytanie „Co ja robię tu?” odpowiadam: „W huj się męczę!” Na górze wymieniam ostatni bidon, biorę banana, zagarniam kubeczek z kawą.

13603583_1224384680928957_2806946238264725887_o

Na Bachledówce, po raz trzeci i ostatni tego dnia 🙂

Krótki zjazd, Ząb i czeka mnie tak naprawdę to co najgorsze w tym wyścigu… Słodyczki. Niby człowiek już jest w ogródku, z gąską się wita, czuje metę… ale nie. Trzeba jeszcze dołożyć do pieca 🙂

13653164_655241984624704_4654213773443981028_o

Gdzieś na trasie

Biorę jeszcze wcześniej ostatniego żela z kofeiną i ostro ciskam pedały. Niestety nie na tyle mocno, żeby utrzymać się tych z mocniejszą nogą. Kręcę swoje, ale Przemek i jeszcze kilku gości powoli odjeżdża. Zostaję z Michałem i jeszcze jednym zawodnikiem, motywując się nawzajem. Na górze mamy kilkadziesiąt metrów straty. Zaczynamy zjazd. Jeszcze na podjeździe zaczyna znów kropić. A sam zjazd jest mokry. Kolega przede mną ma uślizg i ledwo się ratuje. Robi się gorąco…

13603588_1005195752935175_1351469751228593822_o

Pitoniówka raz jeszcze

Do Kościeliska wpadamy we dwójkę z Michałem. Nie kalkuluję, po prostu naciskam na pedały mknąc w dół. Michał trzyma się na kole, doganiamy i wyprzedzamy dwóch zawodników. Zakręt do hotelu i finisz pod górę. Niestety brakuje już mocy i paliwa. Staję na pedały, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Michał wychodzi z koła i mknie do mety. Dogania mnie też dwóch zawodników, których minąłem wcześniej. Meta!

46 Open i 7 w kategorii M4. Jest naprawdę dobry wynik! Zadowolenie także z jazdy, bo bardzo dobrze mi się jechało. Cyferki też niczego sobie, nowe PRy na segmentach, nowe rekordy na krzywej mocy. FTP też idzie do góry. To był naprawdę bardzo dobry wyścig!

13613610_10208756473251369_5319471912433519463_o

Finisz!

 

Rzucona obietnica, że będzie #HardAsHell spełniona w 100%. Było piekielnie ciężko 🙂 Niesamowity wyścig, niesamowita trasa, niesamowita organizacja. Aż się boję, jakie obietnice zacznie składać i co jeszcze zacznie wymyślać Organizator na przyszły sezon 🙂 Według mnie to co jest najlepsze w kolarstwie amatorskim udało się zebrać w tym jednym wyścigu i zrobić wydarzenie wręcz doskonałe. Nie ma co tego rozbijać na czynniki pierwsze, po prostu wszystko było perfecto! Znów „upierdoliłem się w doborowym towarzystwie”. Ścig sezonu, brak skali do oceny 😀

Napiszę o jeszcze jednej kwestii, która mnie bardzo cieszy 😀 Cieszy mnie niezmiernie poznawanie w realu ludzi, których znam tylko z Social Media, z Fejsa, Instagrama itp. Blog i moje kanały jakiś tam zasięg widocznie mają 😉 Sporo ludzi zawołało „Cześć PtaQ!”, sporo podeszło i zagadało. Z kilkoma zamieniłem więcej niż kilka zdań i poznałem się w realu. Nawet w niedzielę na rozjazd z dotychczasowym tylko internetowym znajomym pojechałem. Niesamowita sprawa, świetne uczucie poznawać tak ludzi i być rozpoznawalnym 🙂 I jeszcze jedno. Wielu z Was mówiło, że jest na TRR dzięki mojemu wpisowi, blogowi, motywacji. Duma mnie rozpiera 🙂 Wspaniale było Was wszystkich spotkać, poznać, pogadać. I dowiedzieć się, że nie żałujecie przyjazdu, startu w TRR i dla Was też był to wspaniały wyścig. Do zobaczenia za rok! 😀

13613287_10208756491851834_4395340779284869825_o

Jeszcze kilka świetnych zdjęć od Wiktora Bubniaka 🙂

  • O ile dobrze kojarzę podjazd pod Ząb :)
    O ile dobrze kojarzę podjazd pod Ząb 🙂
  • Pitoniówka
    Pitoniówka
  • Pitoniówka
    Pitoniówka
  • Bachledówka za pierwszym razem jest ok :)
    Bachledówka za pierwszym razem jest ok 🙂
  • Bachledówka, pierwszy podjazd
    Bachledówka, pierwszy podjazd
  • W peletonie, gdzieś na trasie
    W peletonie, gdzieś na trasie