Często liczbom przypisujemy różne, abstrakcyjne właściwości. Wszyscy znamy pechowe oddziaływanie liczby 13, choć oczywiście nie wszyscy w to wierzymy. Często mówi się o szczęśliwej 6, chociaż każdy ma swoją własną szczęśliwą liczbę. Dla zwykłych ludzi liczba 29 z reguły nic nie znaczy. Dla kolarzy górskich ma ona jednak szczególne, magiczne wręcz czasami znaczenie.
Dwudziestkadziewiątka, tłentynajner, 29er, duże koło…
Od kilku sezonów liczba wałkowana na okrągło w światku kolarskim, odmieniana przez przypadki, przywoływana w rozmowach, testach, artykułach w prasie, wpisach w internecie.
Ilość artykułów, wywodów i dyskusji na temat właściwości i wyższości dużego koła nad standardem 26 cali jest masa. Człowieka już czasami od tego głowa boli, bo przewalanie się argumentami czasami przybiera kształt ostrej dyskusji a nawet wrzawy. Ile w tym wszystkim marketingu producentów, zachwalania sprzedawców, nakręcania klientów? A ile rzeczywistych właściwości, które dają przewagę na trasie maratonów i wszelakiej maści ścigów w terenie?
Miałem ten dylemat, sam zadawałem sobie te pytania. Jestem typem, który lubi mieć swoje zdanie, ale wypracowane w praktyce i oparte na własnym doświadczeniu. Oczywiście słucham, wyciągam wnioski, analizuję, ale własne doświadczenia pozwalają być w tej kwestii mądrzejszym od całej masy teoretyków. A dodatkowo mam to szczęście, że mogę realizować swoje marzenia i zamierzenia zaczynając od kwestii podstawowej.. czyli złotówek (czy też ojro lub innych dolarów – niepotrzebne skreslić).
Od razu zaznaczam: nie jest to tekst sponsorowany, nie dostałem żadnego zlecenia, nic do testowania, wszystko to są moje własne, obiektywne odczucia i przemyślenia, a także moje własne ciężko zarobione i wydane pieniądze. Przemyślenia poparte tak moim praktycznym doświadczeniem, jak i obserwacją rzeczywistości dookoła 🙂
Po dwóch sezonach ścigania na świetnym sprzęcie jakim był Cube Reaction GTC Team postanowiłem zainwestować w większe koło. Ciągnęło mnie przede wszystkim własnie to, żeby na własnej skórze (a w zasadzie nogach) sprawdzić 29era. Żeby zweryfikować na bazie własnego doświadczenia to, co się w tych tematach twierdzi. Oczywiście człowiek lubi też zmieniać co jakiś czas rękawiczki 🙂 Niektórzy wymieniają samochody, motory czy co tam innego mają w zakresie swojej pasji, ja po prostu lubię inwestować w moją rowerową pasję 🙂

DSC09919 - Magia liczby 29
Rama Scott Scale 930 jako podstawa

Całego procesu pozyskania nowego roweru opisywać nie będę. Nie kupowałem gotowca w specyfikacji producenta, składałem rower na bazie kupionej nowej ramy Scott Scale 930 z rocznika 2013.
Co ostatecznie z tego wyszło opisałem wcześniej. Skupię się na samych właściwościach i doświadczeniach z jazdy na “dużym kole” i odkryciu magii liczby 29 🙂
Z werdyktem czekałem długo, nawet wewnątrz siebie. Powiem szczerze, że na początku czułem nawet lekką panikę… bo nie poczułem NIC. A na pewno nic pozytywnego, czy jakiejś istotnej różnicy. Wsiadłem na nówkę sztukę niesmiganą, wymarzoną maszynę, zakręciłem korbami i pojechałem kilkadziesiąt kilometrów… nie odczuwając żadnej zasadniczej różnicy w jeździe 29er vs 26er. No piknie, nabrałem się na marketing, myślałem :/ Tak skwaszony trochę wykonałem kilka pierwszych jazd. Dużo więcej na co dzień jeżdżę swoją szoską, więc za dużo okazji też i nie miałem.

10154004 732838036748303 1497187642 n+%25281%2529 - Magia liczby 29
Poland Bike w Legionowie

Pierwsza okazja i chrzest bojowy Scott przeszedł na koniec marca w Legionowie na Poland Bike. I tutaj w warunkach walki, ostrego ciśnięcia na trasie wreszcie coś poczułem 🙂 Powiem od razu: coś pozytywnego. Następne testy w warunkach maratonowych też wypadały dobrze. Scott pokazał pazur, ścigacz naprawdę się ściga, a w liczbie 29 jest jednak jakaś magia 🙂
Po 9 startach, kilkuset wyścigowych kilometrach, trasach lżejszych i cięższych, mogę zacząć oceniać to na bazie własnego doświadczenia, a nie tylko zdań zasłyszanych.
Po pierwsze muszę stwierdzić, że Scott zrobił świetną ramę. Karbonowy Scale ma świetną geometrię i naprawdę nie czuje się, że się siedzi na jakimś innym (większym) rowerze. Pozycja jest tak neutralna, naturalna, dobrana i komfortowa, że nie mam żadnego problemu ze znalezieniem właściwego ustawienia i dogadaniem się z rowerem. Już jak pierwszy raz wsiadłem na Scott’a, jeszcze w specyfikacji producenta (rama była kupiona z rozkładanego na części nowego roweru) to się zdziwiłem że nie czuję różnicy do pozycji na moim Cube na kołach 26. To co bardzo ważne oprócz samej geometrii, to bardzo krótki  jak na 29era “tylni ogon” mierzący 438 mm w moim rozmiarze M. Szukając ramy, czytając o właściwościach i doborze, często powtarza się zdanie, że zwrotność dużej ramy jest zadowalająca jeśli ten wymiar jest poniżej 450 mm. Jak widać, w tym wypadku tak jest.

IMG 0162 - Magia liczby 29
Poland Bike Płock

Druga sprawa to oczywiście waga ramy, doskonała bo tylko 1,150 kg. Całość kompletna, przygotowana do startu w końcowej specyfikacji wyszła 9,58 kg. A więc rewelacyjnie… i prawie kilogram mniej od mojego małego Cube’a 😀
Trzecia to bardzo dobrze dobrany rozmiar, który dla mnie jest idealny. I tutaj uwaga, rozmiar M w wypadku tej ramy oznacza… 17,5 cala. Mało? W Cube miałem ramę 18,5 cala, gdybym na tej podstawie dobierał rozmiar przy 29erze to bym przestrzelił. Powrócę do tej kwestii jeszcze później.
Wracamy do magii 🙂
Scott w rozmiarze 29er pokazał na co go stać dopiero w warunkach bojowych. Podczas zwykłej jazdy albo jestem za mało czuły na niewielkie różnice w odczuwaniu właściwości jezdnych, albo po prostu te różnice nie mają zasadniczego znaczenia. Nie było żadnego wielkiego WOW, którego oczekiwałem. Ot po prostu inny, następny rower. Dopiero podczas zawodów, ale też nie tych pierwszych, płaskich w Legionowie, ale następnych, dało się poczuć różnicę. Rzeczywiście duże koło inaczej, “szybciej” wybiera nierówności i jedzie się bardziej “gładko”. Ma to o tyle znaczenie, że łatwiej utrzymać jest stały rytm, nie wyrzuca cię na korzeniach czy innych nierównościach na boki, rower się równo prowadzi. Mam wrażenie, że dzięki temu mniej też zużywa się energii na jazdę. Jest własnie tak bardziej płynnie, czujesz że rumak jest stabilniejszy.
To samo odczuwa się na prostych, długich odcinkach… i tutaj jest chyba zasadnicza przewaga. Bo dochodzi to tego jeszcze prędkość. Naciskasz na pedały jak masz w nogach i tak się to rozpędza, że przestraszyć się można 🙂 To jak potrafiłem na tych pierwszych maratonach docisnąć na jakiś prostych i pourywać towarzyszy siedzących na kole, samego mnie zaskakiwało 🙂 Niektórzy mówią, że 29era ciężko jest rozpędzić. Mojego Scotta, pewnie dzięki niskiej wadze całego zestawu, wcale trudno nie jest. Odpowiedź po naciśnięciu na pedały jest natychmiastowa… a później włącza się dopalacz i Ptaq leci na swym bajq 😀

IMG 0540 - Magia liczby 29
Maraton Kresowy Sokółka

Sensem jazdy są podjazdy, jak to się mówi. Tutaj też sens w wypadku tlentynajnera istnieje. Podjazdy stają się… jakieś łatwiejsze. Pewnie i mam więcej w nogach niż w zeszłym sezonie, ale ogólnie odczucie utrzymania właściwej kadencji i płynności, nawet na sztywnym podjeździe, jest lepsze.
Bardzo duża różnica jest na zjazdach, szczególnie tych technicznych. Może u nas tego dużo nie ma, ale czasami natrafia się na coś zaskakującego, co przy małym kole potrafi wytrącić z równowagi i sprowokować sytuację niebezpieczną. Pamiętam zjazd z Góry Dziewiczej podczas maratonu w Murowanej Goślinie. Gdybym zaliczał go swoim starym Cube’m to mam wrażenie, że albo bym się połamał, albo po prostu zszedł. Widziałem ten zjazd po raz pierwszy na oczy, przerażał mnie w czasie jazdy jak na niego patrzyłem (a w zasadzie przemykał mi przed oczami). Były uskoki, korzenie, kamienie… A także prędkość i pewność zjazdu, która mnie zaskoczyła. Prawdą jest według mnie twierdzenie, że na dużym kole zjedziesz tak, że na małym byś się w trakcie najpewniej połamał. Oczywiście są wymiatacze, którzy zjadą na wszystkim i po wszystkim w sposób, od którego się włos na głowie jeży. Ale ja mówię o zjazdach z perspektywy niewprawnego amatora, który techniczne zjazdy to z reguły na filmikach z You Tube ogląda 🙂
Nie zauważam też żadnego zasadniczego (w naszych warunkach) problemu ze zwrotnością, czy sterownością roweru na kołach 29 cali. Być może na krętej rundzie XC można by było to odczuć jako jakiś minus. Na naszych trasach i w tych warunkach, w jakich startujemy, tego nie stwierdziłem.
[EDIT]
Zapomniałem o jednej bardzo ważnej kwestii, szczególnie w naszych, podlaskich czy mazowieckich warunkach. Chodzi o coś, co można określić jako “dzielność w piachu” 🙂 Zwrócono mi na to uwagę w komentarzach na FB, a mi to po prostu umknęło 😛
Jeśli chodzi o pokonywanie “piaskownic” to szybkość, stabilność i własnie “dzielność” w tej kwestii 29era to ogromna przewaga nad 26 cali. Zanim dosiadłem dużego rumaka, to zawsze zadziwiała mnie gładkość i szybkość z jaką właśnie duże koło pokonywało nasze piaskownice. Często zawodnicy po prostu przemykali koło mnie, gdzie sam miałem potężne problemu. Teraz mogę stwierdzić, że duże koło po prostu przelatuje po piachu stabilnie tam, gdzie na 26 cali ma duży problem. Powierzchnia styku z podłożem i większy moment obrotowy sprawia, że piaskownice generalnie sprawiają o wiele mniejsze problemy.
[/EDIT]
To wszystko razem,, pojedyncze właściwości i poszczególne plusy zbierają się w całość i pozwalają mi stwierdzić świadomie… że jest dużo magii w 29erze 😀

DSC00030 - Magia liczby 29
Maraton Kresowy Sokółka

Skąd jest więc tak dużo kontrowersji i dyskusji w tym temacie? Mam  swoją teorię i wypracowany pogląd. Rozmawiając z ludźmi, obserwując co się dookoła dzieje, doszedłem do pewnych wniosków.
Bardzo często zawodnicy pozbywają się swoich 29eró twierdząc (z reguły zgodnie z prawdą), że rama ma pod nich za duży rozmiar. To chyba najczęstszy błąd, że na rower 29 cali patrzy się z perspektywy roweru o mniejszych kołach. Mam ramę o rozmiarze 19 cali, to kupuję ramę pod duże koło także o rozmiarze 19 cali. I często jest to przestrzelone. Z tego co obserwuję z reguły trzeba naprawdę przymierzać się do rozmiarowo mniejszej ramy. Gdybym patrzył na rozmiar swojego Cube (18,5″), to brałbym w Scott’a o rozmiarze 19. No bo co za problem te pół cala więcej? Lepsze to niż rama aż o cal mniejsza (17,5″ Scott w rozmiarze M). I tak myśli większość kupujących, tak to kalkuluje. Co gorsza robią to też sprzedawcy bardzo często proponując po prostu za duże ramy przy 29-cio calowych kołach. I później powstaje problem, że “jeżdżę czołgiem”. Ogólnie z tego co obserwuję rowery 29 cali pasują po prostu ludziom wysokim. Jeśli masz wzrost poniżej 170 cm… zapomnij o rowerze na dużych kołach. Najprawdopodobniej nie dobierzesz rozmiaru ramy pod siebie :/ Tutaj być może rozwiązaniem jest wtedy pośredni rozmiar kół, czyli 27,5 cala (650b). Nowinka, która ponoć łączy w sobie to co najlepsze z obu pozostałych standardów.
Do tego dochodzi jeszcze ważniejsza kwestia… waga. Popularne rowery, w przystępnych przedziałach cenowych (czyli 3-4 tys. złotych) są po prostu ciężkie. Ludzie czytają, słuchają zachwytów branży i zawodników nad rowerami z dużym kołem… ale zapominają, że najczęściej mówi się wtedy o wylajtowanych ścigaczach. Dla zwykłego Kowalskiego przystępny cenowo 29er waży 12-13 kilo. Jak wyda więcej to skończy się to na 11kg. A tysięcy wydanych złotówek będzie… też coś koło tego. Niestety duży rower (często z za dużym rozmiarem ramy) i do tego zbyt ciężki, jest po prostu rozczarowaniem dla swojego właściciela. I ludzie po kilku startach, maratonach lub po sezonie zniesmaczeni pozbywają się swoich 29erów z ulgą znów wsiadając na 26 cali.

DSC01131 - Magia liczby 29
Start do ITT – Maratony Kresowe Czarna Biał.

Dlatego jeśli masz zamiar wsiąść na 29 cali to brutalna prawda jest taka, że musisz mieć K-A-S-Ę. Musisz szarpnąć się na sprzęt który będzie ważył te maksymalnie 11 kilogramów, będzie miał lekkie koła i dobre komponenty. Inaczej lepiej pozostać przy swoim starym 26-cio calowcu. Lepiej jeździć podobnej wagi lub nawet ciut cięższym maluchem, niż podobnym wagowo 29erem. Rower na dużych kołach pokazuje po prostu pełnię swych możliwości i zadowala właściciela, gdy jest  lekki, gdy da się szybko rozpędzić, gdy śmiga, a nie się toczy. Oczywiście mówię to ze swojej perspektywy, czy zawodników-amatorów jeżdżących na podobnym do mnie, średnim poziomie. Bo jak ktoś ma nogę, to i “taczkę” rozkręci. Chociaż znam przypadki, że i zawodnicy TOP10 Maratonów Kresowych pozbywali się swoich za ciężkich i za dużych rowerów. Z ulgą wtedy wracali do małego koła. I dziś stają na podium Open czy w swoich kategoriach.
Dlatego często staram się prostować zapalonych amatorów. Ostatnio gdzieś, ktoś wywiesił ogłoszenie mniej więcej takiej treści: ” kto da mi się przejechać swoim 29erem, żebym mógł sprawdzić, czy naprawdę coś w tym jest i mi pasuje przed zakupem” – tak mniej więcej. Mogę dać na przejażdżkę swojego ścigacza. Proszę bardzo. Jeżeli ktoś będzie ostrożny to orzeknie: nie jest źle, a na pewno nie gorzej. Jeśli ktoś będzie napalony zrobi wielkie WOW! I pojedzie, kupi swojego wymarzonego 29era, z reguły jednak innego, cięższego, często z za dużym (polecanym nieświadomie przez sprzedawcę) rozmiarem ramy… i szybko ujdzie z niego cały entuzjazm i powietrze. Bo będzie to po prostu inny rower. Dlatego takie testy i przymierzanie się do czyjegoś 29era, a później kupowanie czegokolwiek tylko dlatego, że jest na dużym kole, jest bezsensem.
Dla mnie liczba 29 ma swoją magię. Jeżdżę na 29erze i jestem zadowolony 🙂 Mam nadzieję, że moje przemyślenia pozwolą też być zadowolonym dla tego, do kogo trafią powyższe wnioski 😉