Nie, to nie jest pytanie zrodzone z moich wątpliwości. To jest pytanie, które zbombardowało mnie z zewnątrz wczoraj i dnia dzisiejszego. Ja sobie go nie zadaję, forma która do mnie dociera to: “po co TY to robisz??”
Od rana zapowiadało się, że padać będzie. I to ostro. Na ICM’ie wykresy deszczu pikowały w górę od 16-stej, na radarze z południa waliła na nas wielka, deszczowa chmura. A w planie cztery godziny w tlenie 😛 Zastanawiacie się po cholerę plan? Plan jest po to, żeby się go trzymać, O! 🙂 Plan zakłada, że przed weekendem Kresowych na Lubelszczyźnie zrobię swoje, w odpowiedni sposób i z pewnymi założeniami. Poniedziałek tlen, wtorek odpoczynek. Środa mocne interwały, czwartek rozjazd. Na piątek znów odpoczynek i zaczynamy bardzo intensywny segment startowy: sobota Siennica Różana, w niedzielę Chełm. Nie pozamieniasz, nie odpuścisz. Jesteś twardy.
Bo jestem 🙂

FILE2871 - Cztery godziny w deszczu, czyli "po co ja to robię??"

Nie chodzi tu o sam plan, o sztywne się jego trzymanie. Chodzi o to, żeby głupie wymówki nie wytrącały cię z obranego kursu. Że pada, że zimno i nie przyjemnie? Chrzanić to, będzie dobrze.
Od rana to sobie powtarzałem, motywowałem się wbijając do łba, że będzie świetnie i żaden tam w dupę chlapany deszcz mnie nie zatrzyma. Ludzie robią większe ekstrema, łażą w Himalaje, zdobywają ośmiotysięczniki. Ba, jak mają za łatwo, to zdobywają je w zimowych podejściach. Cztery godziny tlenu w słońcu? Jasne, świetnie. Uwielbiam to i gdybym miał wybierać, pewnie że wybrałbym lampę na taką jazdę. Głupi nie jestem, wolę jeździć w takich okolicznościach jak w sobotę. Ale czasami człowiek potrzebuje takiego ekstremum, jak wejście zimowe na ośmiotysięcznik, bo w lepszych warunkach zaliczył go już kilka razy. Albo zawodowi kolarze, prosi. Czy oni odpuszczają przełęcze bo śnieg leży, temperatura spada do zera, a fluk z nosa robi się soplem? Gdzie mi tam do herosów, nawet nie próbuję się do nich przyrównywać. Ale swoje małe wyzwanie mogę mieć 🙂

FILE2885 - Cztery godziny w deszczu, czyli "po co ja to robię??"

No więc mega zmotywowany, wizualizujący siebie jadącego w deszczu, widzący swoje zadowolenie i szczęście z tym związane (nie kituję, to pomaga!) przed 17-stą, już przy padającym deszczu zacząłem się szykować w robocie do rowerowego wyjazdu. Szok, niedowierzanie, pytania. Moja kobieta już nie patrzy na mnie przymkniętym jednym okiem, pytającym łagodnie. Ona patrzy dwoma szeroko otwartymi oczami, które bardziej krzyczą, niż pytają: “FACET, CHCE CI SIĘ!!!”. Nie wiem skąd się to wzięło w ten poniedziałek, ale chciało mi się jak jasna cholera 🙂 Postawiłem sobie zadanie do wykonania i niezależnie od okoliczności chciałem je wykonać. Pojechać w deszczu, zmoknąć, sprawdzić się. Kto wie, może za kilka lat będę chciał zaliczyć takie ekstremum jak Bałtyk – Bieszczady Tour. Kto mi zagwarantuje, że nie będzie wtedy padać całe trzy dni?
A więc balsam na dupę, żeby mokry pampers nie sponiewierał dupska. Rękawki i nakolanniki, żeby było choć trochę cieplej. Czapeczka pod kask, kurtka przeciwdeszczowa na górę. Nieprzemakalne ochraniacze na buty. Wszystko psu na budę, jeśli chodzi o ochronę przeciwdeszczową 😛 Po 20 minutach człowiek cały już jest mokry, a w butach chlupie 🙂 Jedyne, co dłużej wytrzymuje na sucho, to korpus pod kurtką. Dłużej, to znaczy jakąś godzinę. I tak później człowiek mokry, bo zacieka przez kołnierz, rękawy, przemaka od spodenek. Plus jak to pod kurtką, która nie oddycha, człowiek robi się mokry od środka. Ale te wszystkie dodatkowe zabezpieczenia tworzą jedno: komfort termiczny, który jest najważniejszy. Było ok. 15 stopni, na koniec temperatura spadła do 14. Na szczęście wiatru nie było, a deszcz był ciepły. Woda zbierająca się w ubraniu tworzy swojego rodzaju membranę. Nagrzewa się od ciała i jeśli nie zachodzi zbyt gwałtowna wymiana z padającym, chłodniejszym deszczem i wiatrem, to utrzymuje temperaturę. Ani przez chwilę nie było mi zimno, oczywiście podstawowe znaczenie ma też tutaj pracujący na wysokich obrotach organizm. Gdybym miał gdzieś stanąć z jakąś awarią (tfu, tfu) na kilka czy kilkanaście minut, pewnie cały komfort by znikł.

FILE2995 - Cztery godziny w deszczu, czyli "po co ja to robię??"

Traska była znana. Klasyk na Supraśl, później Krynki. Wzdłuż granicy przez Jurowlany i Usnarz, na Babiki i Kamionkę. Noga super podawała, dawno się tak dobrze nie czułem. Najlepiej mi się jechało ostatnią godzinę 🙂 Wszystko w tlenie, ale więcej go przyswoiłem tego dnia pod postacią łykanego H2O niż pod tradycyjną O2 😛

FILE2978 - Cztery godziny w deszczu, czyli "po co ja to robię??"

Przed 21-szą dzwoni Ala, wjeżdżam akurat do Czarnej. “Wariat, gdzie jesteś?”… pod domem 😛
Przez całą drogę, zmotywowany i skupiony, ani razu nie miałem myśli o skróceniu trasy, czy odpuszczeniu. Mijałem ewentualne skróty, nawet ich nie zauważając. Nie miałem ani przez chwilę wątpliwości, nie straciłem pewności. Robiłem coś, co mimo niesprzyjających warunków sprawiało mi wielką przyjemność. Już w trakcie jazdy satysfakcja była niesamowita. To uczucie, że dobrze się jedzie, że wykonujesz swoje zadanie do końca, było niesamowite. Motywacja jest czymś, co mamy w swojej głowie. Czasami jest bardziej ukryta, zawalona innymi myślami. Warto ją wyciągnąć na wierzch i rzucić na pożarcie wyzwaniu. Jak zaczną z sobą walczyć, to nic nie może ich rozdzielić. Wychodzi z tego piękna i pasjonująca walka 🙂

FILE2822 - Cztery godziny w deszczu, czyli "po co ja to robię??"

W głowie nie pojawiło się pytanie “po co ja to robię”? Ale gdyby miało się pojawić, gdybym miał odpowiedzieć tym, którzy pytają, to bym odpowiedział. Bo jestem wariat chory na cyklozę, mam swoją pasję i to kocham 🙂