… że nic już się nie chce.
Pobudka o 4.30, przed 6-tą wyjazd. Sytuacja awaryjna w robocie, 200 kilometrów dalej. Lecisz, cały dzień stresu, nerwów, wyjaśniania i gadania, że gardło ostatecznie wysiada. Nawet nie wiadomo czy wrócisz na noc, jesteś gotowy żeby przenocować.
Wracam jednak. Udaje się. Tuż przed 20-stą, w zasadzie już ciemno. Człowiek niedospany, zmęczony, łeb napierdala, naprawdę nic się nie chce. Ale nogi po wczorajszym maratonie domagają się choć chwili ruchu, płuca przewentylowania. To co, że ciemno. Tylko chwilę trwa, żeby się do tego przekonać. Jadę pozwiedzać “miasto” 😛

FILE7905 - Niekiedy się wydaje...

Okazuje się, że moja “Czarna Dziura” ma, jeśli chodzi o oświetlone, asfaltowe drogi, nadające się do nocnej jazdy rowerem… pojemność całych 30-stu minut. I to na maksa, zaliczając niektóre odcinki dwa razy, pod prąd albo w tą i nazad 😛 Nie dałoby się w mym miasteczku zrobić nocnego roweru. Oczywiście, jakość mojego oświetlenia i nocnego ekwipunku także ma na to wpływ. Ale nawet ktoś, zaopatrzony na maksa nie pojeździ za dużo po “Czarnowsi” po zmierzchu 🙂
Już nawet te trochę ponad 30-ści minut wystarczyło, żeby głowa przestała boleć, nogi były szczęśliwe, a natłok myśli uwolnił się z przepełnionej mózgownicy. Rower ma dla mnie niezaprzeczalne właściwości terapeutyczne. I nie o to chodzi, że musiałem zrobić jakiś rozjazd. Bo modelowo powinno się go dla regeneracji zaliczyć. Ja po prostu wiedziałem, że jak choć trochę pokręcę, to nawet w taki dzień jak dziś (a może przede wszystkim w taki dzień jak dziś), będzie to miało magiczne i pozytywne znaczenie. I dla organizmu i dla samopoczucia 🙂
A jutro chyba będzie można wreszcie większy format zrobić wracając powoli do formy.

FILE7948 - Niekiedy się wydaje...
Nie tylko ja trenuję po nocy. Kopacze na Orliku także… ale oni mają lepsze warunki 😉