W naszym (kolarskim) przypadku bez wątpienia kończy się sezon. Startowy 🙂 Bo w zasadzie jakoś w ostatnich latach kręci się na okrągło. Pogoda pozwala. A jak nie pozwala to wynalazek pod tytułem trenażer (lub rolka) w zestawie z wiatrakiem i filmami na laptopie daje radę.
Kończy się lato. Tego za to nie zastąpisz. Myślałem, że dziś będę się bawił w masochistę. Dzięki prognozom pogody (na szczęście nie trafionym) już psychicznie nastawiałem się na trening w deszczu. Wykresy pokazywały deszcz, radar pokazał że idzie gdzieś bokiem. Radar miał rację i obyło się dziś bez pytań w rodzaju: “po co ja to robię” 😛

hdr 1411498094658 - Coś się kończy, coś się zaczyna.
Chmury straszyły, ale nie padało.

Za to wiało i miotało okrutnie. Na karbonowych stożkach 50 milimetrów jest to zabawa ocierająca się o dużą dawkę ryzyka. Przestawiło mnie kilka razy o dobre kilkadziesiąt centymetrów w bok. Na szczęście bez konsekwencji, trzymałem kierę mocno! 😀 Temperatura też spadła zasadniczo. Dzięki prawie godzinie interwałów w wyższych strefach rozgrzałem się (a w zasadzie zagrzałem) dobrze i 6 stopni nie przeszkadzało.

hdr 1411498050709 - Coś się kończy, coś się zaczyna.
Wiało i popychało na obwodnicy Wasilkowa tak… że aż cień się wydłużył 😛

Koniec sezonu startowego to także początek czegoś innego. Trochę więcej luzu, trochę więcej innych atrakcji, które po kilku tysiącach kilometrów treningowych i startowych dają dużo fanu. Nie dlatego, że muszę trenować. Nikt mnie do tego nie zmusza. Mam cele, które realizuję. Z końcem sezonu cele osiągnięte (lub nawet nie), więc można (a nawet trzeba) sobie zaaplikować inne bodźce.
Ustawki. W sezonie jakoś mi nie wychodzi ustawianie się. Z różnych przyczyn.
Na przykład logistycznych. Bo w moim przypadku, mieszkając 30 km za miastem ciężko się z chłopakami zgrać. Późne ustawki w tygodniu nie pozwalają mi wrócić przed zmrokiem. A dróg po ciemku po prostu nie lubię. Z tego względu może dwie śród-tygodniowe ustawki w czerwcu czy lipcu zaliczyć mogę. Bo dzień dłuższy i jakoś się człowiek mieści przed zachodem słońca. Znów ustawki w weekend odchodzą na plan dalszy ze względy na starty.W zasadzie co drugi tydzień albo i co niedziela jakiś start. A jak wolne od startów, to znów zobowiązania prywatne i rodzinne. Mam córkę którą dobrze mieć przy sobie choć co drugi weekend według harmonogramu ustalonego z byłą żoną. To bardzo ważne i dla mnie i dla niej. A jak już ten wolny weekend od startów się trafi to i poprzytulać się do swojej kochanej kobiety na sofie też trzeba 🙂 Biorę więc wtedy moje dziewczyny w objęcia.
A więc jak już odpadają starty to wreszcie ustawki niedzielne przynajmniej co drugi weekend można zaliczyć. I tak jak w tamtym roku pamiętam: w zasadzie co tydzień żegnaliśmy sezon i dobrą pogodę… a ona trwała aż do grudnia 🙂 Można powiedzieć, że w tą niedzielę zacząłem swój sezon ustawkowy. Lubię to. Po prostu. Paczka, fajni ludzie, dobra jazda. Czasami dociśniesz, dospawasz, to znów polecisz na kole. Pykniesz kilka KOMów w grupie, przepalisz nogę, zafiniszujesz na tablicę. Zaliczysz El Classico Podlasico, zaliczysz kawę i ciastko w doborowym towarzystwie. To ma swój urok. I takie przeciągnięcie sezonu dla mnie daje super zadowolenie. Dopełnienie 🙂

FILE1175 - Coś się kończy, coś się zaczyna.
Niedzielna ekipa spod Sprintu

Tak samo czekam na… tak, tak… na siłownię 🙂 Od kilku lat poza sezonem pracuję te kilka miesięcy na przełomie roku. Nad siłą nóg i górnych partii. Nad rzeźbą. Nie robię masy 😛 Cieniuję się, wręcz zrzucam masę (tłuszczową) a w efekcie tego wychodzą mięśniaki, żyły, człowiek zaczyna być “suchy”. Wychodząc w marcu z siłowni jest efekt. I w wyglądzie i w sile. Lubię nad sobą pracować i widzieć a także czuć efekty. Podstawa 🙂
Nawet na narzędzie tortur czekam. Czyli na trenażer 😛 Mnie tam nie odrzuca. Oswoiłem go, lub dałem się oswoić. Podchodzę do tego z odpowiednim nastawieniem psychicznym i się nie męczę. Psychicznie oczywiście, bo fizycznie chodzi własnie o to żeby się zmęczyć. Garaż, wiatrak, rower wpięty w trenażer, laptop. Cały przegląd sezonu  od wiosennych klasyków, poprzez wielkie Toury, do tych mniejszych wyścigów czy Pucharu Świata XC. Nie ma czasu oglądać w sezonie (oprócz najważniejszych wydarzeń i powtórek), nadrabiam dzięki trenażerowi. I tak kilkadziesiąt godzin schodzi na zabawie “w chomika” 🙂
No więc kończy się ten sezon. Zaczyna się “przerywnik”. Inny, ale całkiem fajny. Brak startów to skupienie się na czym innym. Ja to lubię. Nawet te wyzwania jazdy poniżej zera. Jutro rano się chyba zacznie. Dziś na powrocie miałem ledwo te 6 stopni. Możliwe że u nas w nocy temperatura zejdzie dziś do blisko zera. W drodze do roboty jutro chyba trzeba będzie wyciągnąć zimowe ciuchy i przypomnieć sobie jak to się jeździ na cebulkę 😀
Bo przecież nie ma złej pogody na rower, co najwyżej źle dobrane ciuchy. Banał, ale jakże prawdziwy 🙂

hdr 1411498192804 - Coś się kończy, coś się zaczyna.
Zimny zachód słońca koło Oleszkowa