Gdyby w ostatnią niedzielę tak bardzo mi się chciało, jak mi się nie chciało… to może by jakoś poszło. W ogóle to cud, że zebrałem się do kupy 🙂

Tak to już jest o tej porze roku, czyli sezonu, znaczy po-sezonu…, że się po prostu nie chce. Człowiek ma w głowie, że to nie ten czas, nie ta forma i ogólnie wszystko jest do dupy. Sekundę po otwarciu prawego (a może nawet, o zgrozo, lewego) oka, do mózgu dociera sygnał, że jest bardzo do dupy. Dobrze, że nie była to szósta, tylko prawie ósma, więc bez większych protestów udało się wstać. Wyprostować. Zejść do kuchni. A nawet zrobić śniadanie. Pozostało jeszcze zrealizować dalszą część planu na ten dzień.
Pojechać.
Na zawody.
CX.

Cyclo-cross… q u r f a!

To nie był dzień na CX… zdecydowanie nie. Szczególnie na ten pierwszy raz. Wiedziałem, że będę bluzgać. Głośno i dosadnie. Człowiek nie tyle jest z formą w lesie, co w najgłębszych chaszczach i najmroczniejszych zakątkach puszczy. Z jeżdżenia jest fan, ale kończy się gdzieś przy granicy progu LT. Powyżej ciało wariuje, krzyczy, serce napierdala jak szalone, płuca pieką, a mózg odmawia uznania tego wszystkiego za przyjemność. Chociaż wie, że przyjemność gdzieś tam jest ukryta i jej szuka.

Pewnie gdybym się nie umówił z kumplem z teamu na zgarnięcie go po drodze, to bym wsiąkł w domu, znalazł sto wymówek i zaległ w błogim nicnierobieniu. Oj źle, bardzo źle. Jakaś motywacja się jednak włącza, karze się przygotować, zamontować bagażnik, załadować majdan i ruszyć.
Obiecałeś… Obiecałeś…


No to jestem, nawet przed czasem. ładujemy drugi majdan, następny rower i walimy na Zwierzyniec. A co… Puchar Polski to je to! 🙂 Nie jest to Belgia, ale trochę luda jest. Na trasie nawet ciasno, sporo kibiców jak na nasze warunki… zaskoczenie.

10857216 807788035947304 3467075057183495239 o - Przełaje... je... je... jeeee!!!


1546448 811455215586065 1153974275506100205 n - Przełaje... je... je... jeeee!!!


Kilka rozmów, rejestracja, mały serwis szwankujących hamulców (dzięki Tomek!) i w tak zwanym międzyczasie objazd trasy. Już mi sam objazd pokazuje, że będzie ciężko. Że będzie zaskakująco. Runda CX to nie jest taka ot sobie jazda po lesie. Ponoć ta w Białymstoku ma całkiem wysokie notowania wśród przełajowców. Nie wiem, nigdy po żadnej nie jeździłem 😉 No więc jadę. Zakręt, między drzewami, prosta, znów nawrót, kawałek prostej, zakręt, rozpęd, hamowanie, zeskok, skok przez przeszkodę, skok na siodło, dwa obroty korbą, wyhamowanie, zakręt, sekcja lewo drzewo – prawo drzewo, prosta, przyśpiech, hamowanie, zeskok, schody na podbiegu, wskok, rozpęd, prosto asfaltową ścieżką rowerową na maksa, wyhamowanie….
Patrzę na Garmina… tętno 185. Ja pierdolę, a to dopiero objazd i rozgrzewka :/

10404257 693995557382426 3473665870030171647 n - Przełaje... je... je... jeeee!!!

Robię jedno kółko. W przerwie między wyścigami drugie. Później jeszcze po kawałku razem ze startującymi wcześniej kategoriami. Rozkręcam się i rozpoznaję, ale czuję smak krwi w ustach. Będzie ciężko. Przypomina to XC, ciągłe napierdalanie, zmiany tempa, przyśpieszenia, nie odpoczywasz, dużo szarpania. XC nie lubię, żeby to polubić trzeba po prostu jeździć. Wolę jednak maratony, mogę napierdzielać w miarę równym tempem i trzy godziny, podjeżdżać godzinę, jechać w grupie. Do tego się przyzwyczaiłem, to zaakceptowałem. Takiego napurwu jeszcze nie i ciężko to znieść.

DSC 8212 - Przełaje... je... je... jeeee!!!


Próbuję i testuję możliwości, badam sekcje techniczne, jadę po błocie, przeskakuję przez wilcze doły zapadając się (na zdjęciach jak powyżej) po kolana. Ćwiczę zeskoki i wskoki na siodło, a przy ciśnieniu i na trasie zawodów inaczej to wchodzi. Ale w tym wszystkim coś jest i zajawka we łbie się budzi…

No dobra, schłodzenie, wszyscy w kółko. Jazda przed startem, po obwodzie, niektórzy biegają utrzymując ciepło. Ustawienie na starcie kategoriami. Amatorzy na końcu. Co dziesięć sekund start. Nadchodzi nasz czas… odliczanie… poszli!!!

10339383 807787749280666 4724924217394103031 o - Przełaje... je... je... jeeee!!!


Czołówa poszła tak, że gdyby było sucho to tylko tumany kurzu byśmy widzieli. I znana już sekwencja: prosta, zakręt w lewo, między drzewami, prosta, zakręt znów w lewo, ciasno, prosta, dohamowanie, za drzewem w prawo, prosta, przyśpieszenie, dohamowanie, zeskok, skok, dół, skok, naskok na siodełko, zakręt w prawo… kibice…dzwonki, piszczałki… doping! 🙂
10862659 807788672613907 220066037613137293 o - Przełaje... je... je... jeeee!!!
Jedzie się. Qurfa, jedzie się, ale jak ciężko. 185 na Garminie to już mało. Zerkam. 189. Ehhh…. Jadę. Napurwam! Wariactwo. Widzę 190. Przyśpieszenie, dohamowanie, zakręt. Zeskok, po schodach w górę, na kładce naskok, zjazd, przeskok, dohamowanie, zakręt w prawo. Napierdalam. Zawodnicy przede mną, za mną. Jeszcze ciasno, trochę tasowania. Jedziemy. Dudnienie w uszach. Znów błoto i wilczy dół. Nawrót. Znów dół, który na objeździe po skosie przejeżdżałem. Jadę. Gleba. Wstaję, wskakuję na siodło. Zapchane pedały i bloki w dupie mają moje intencje złączenia tej parki w jedność. Trochę błota udaję się jednak wytrzepać, wpinam się w pedały. Trzy następne nawrotki i wpadam na prostą start/meta.

Druga runda. Robi się luźniej. raczej jestem z tyłu niż z przodu. Przyśpieszam. Nawet kogoś wyprzedzam. Powtórka z gibkości na zakrętach, zeskokach i wskokach. Siodełko trzeszczy i nos leci w dół. Jarzemko znów nie wytrzymuje. Staję, uderzam pięścią w tył, prostuję. Znów się rozpędzam, wskakuję, dociskam korby. Rzut oka na Garmina… 193. Nie pamiętam kiedy ostatni raz coś takiego widziałem. W tym sezonie na pewno nie miałem wyżej jak 190 na maratonie. Zażynek :/

10850160 694005967381385 645963352425700891 n - Przełaje... je... je... jeeee!!!


Runda trzecia. Ciężko, bardzo ciężko. Odstaję. Nie nadążam za tymi co nadążać powinienem. Nie odpuszczam, ale rady też nie daję. Qurfa.

Jadę. Mam dość. Przeskakuję pierwszą, drugą przeszkodę. Znów siodełko łamie się do przodu. Prostuję. Napruwam. Kilka zakrętów między drzewami, prosta. Dohamowanie przed schodami, zeskakuję w biegu, podnoszę rower… kątem oka widzę jak w sekundę przednie koło się zatrzymuje… grrrr.
Stawiam rower na ścieżce, pcham… ciężko. Przednie koło zawalone błotem, widełki zapchane. Coś tam trochę błota wygrzebuję. Jadę dalej. Za kładką na którymś nawrocie i po skoku spada łańcuch. Tracę kilkanaście sekund. Ehhh… Jadę przez błoto, znów wilcze doły. Pierwszy przeskakuję. Znów zmęczenie nie pozwala mi na kołach pokonać drugiego. Padam. Wstaję. Przednie koło się nie kręci, blokuje je zapchane błoto między widełkami i hamulcami. Jeszcze wskakuję, jadę, kręcę… koniec trzeciej rundy. I koniec mojego jechania w tych zawodach. Mam dość. Pokonany.

1546305 811458648919055 2099586091276323579 n - Przełaje... je... je... jeeee!!!


Straszny napurw ten CX. Wojtek mówi “koszmar”. Coś w tym jest. Czarno przed oczami i aż strach dalej jechać. Jest i druga strona medalu. Przede wszystkim technika. Moc. Przyśpieszenie. Wysiłek. Budulec formy… na przyszłość.

Mój pierwszy wyścig CX.
Akt pierwszy…
Kurtyna zapada…


zdjęcia: Marcin Czajkowski, Izabela Kłosowska, Mateusz Purzewski, Paweł Adamski.