Słynna bułka z bananem utrzymywała Adama Małysza na szczycie przez kilka sezonów. To, że kolarz nie jest skoczkiem narciarskim, nikogo przekonywać nie muszę. Całkiem inna kumulacja wysiłku i znacząco różne zapotrzebowanie energetyczne. Tutaj na bułce z bananem nie pojedziesz, o czym często kolarz się dowiaduje… gdy łapie go słynna “bomba”. Niektórzy nie pamiętają o prostych zasadach, niektórym się zdarza zapomnieć. Mnie ostatnio też niestety przez głupotę… zbombiło.

Jeżdżąc na rowerze i trenując kolarstwo człowiek poznaje swój organizm, swoje możliwości, a także limity. Póki jest to tylko jeżdżenie, rzadko dotyka granicy poza którą zmęczenie jest większe niż możliwości organizmu. Potrzeby organizmu są na tyle niewielkie, że same zapasy i odpowiednie, ale umiarkowanie zasilanie, wystarcza. Gdy kręcenie na dwóch kółkach zmienia się w trenowanie na dużych obciążeniach i z dużym wysiłkiem, sytuacja zmienia się diametralnie.

RSZ7169 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Ucieczka w czasie PP XCM w Michałowie, fot. @ RoobiShot Photography

Kiedyś na przejażdżkę rowerową wystarczał bidon z wodą. Nawet jak gdzieś dalej i dłużej człowiek się wybierał, kupował po drodze puszkę coli, szamał banana z bułką, snickersa i było wystarczająco. Ale w którymś momencie przekroczenie granicy oznaczało zapoznanie się z pojęciem “uderzenia w ścianę”… i dosłownie tak to boli. Totalne odcięcie, brak prądu, nogi nie kręcą, wszystko boli, bomba, ściana… stop!

Kilka sezonów temu uczyłem się tego na zawodach. Niby dwa bidony izo w koszykach, jakiś żel w kieszonce. Ogień od startu, jazda i walka na maksa swoich możliwości. Brak doświadczenia powodował, że człowiek nie za wiele myślał na trasie. Nie miał przyzwyczajeń, nie miał ustalonego własnego sposobu zasilania. Jechało się dobrze, noga podawała, wyprzedzam jednego, drugiego, dziesiątego. Jak się wspaniale jedzie, jak wysoko jestem w peletonie. Pełna satysfakcja i euforia! Do mniej więcej trzydziestego kilometra. Godzina do półtorej jazdy i odcięcie. Ściana. Strata pozycji, jazda na rezerwie i światłach awaryjnych do końca. Często nawet z zapalonym światłem stopu. W tym całym amoku walki, wyprzedzania, skupieniu na trasie i w wirze zawodów, po prostu człowiek zapomina pić. Okazuje się na mecie, że w dwie godziny jazdy ledwo bidon izotonika poszedł, a nawet na dnie coś jeszcze chlupie. A w kieszonce ten sam pełny żel, co przed startem się tam znalazł. Sporo czasu mi zajęło, żeby skorelować ze sobą dwie rzeczy: częstotliwość sięgania po bidon i picia izotonika, a także posilania się na trasie (żele), w stosunku do zajmowanego miejsca na mecie. Po drodze oczywiście albo był kryzys i jazda na odcięciu, albo noga do końca podawała i jeszcze rezerwa na finisz pozostała.

DSC 3079m - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Na trasie Mazovii w Legionowie

Dziś mam w głowie prosty plan na zawodach i staram się go trzymać. Idzie jeden bidon izo na godzinę, maks półtorej jazdy. Piję co mniej więcej 15 minut. Czyli tak po 100-150 ml z pół litrowego bidonu. Co pół godziny wciągam połówkę żela (czyli jakieś 30-40g, w zależności od pojemności). Oczywiście czy jest to równo w 30 czy w 35 minucie, zależy od warunków terenowych i możliwości. Bo nie zawsze da się sięgnąć do kieszonki o wyznaczonym czasie, nie zawsze można chwycić za bidon i zostawić jedną rękę na kierownicy. Ale też przesunięcia o kilka minut w jedną czy w drugą stronę zasadniczej różnicy tutaj nie robią. Ważne, aby nie było to kilkanaście minut… bo może być za późno. Jak się da, to z bufetu zgarniam połówkę banana, izotonik w kubeczku, ostatecznie wodę. Im więcej razy uda się te dodatkowe “bonusy” zgarnąć, tym lepiej.

DSC06533 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Mazovia Legionowo

Często zawodnicy zasilają się żelem, gdy już “robi się ciemno”. Wtedy niestety jest już za późno. Organizm wpada w dług energetyczny, nawet zasilenie go dużą porcją węglowodanów nie odbuduje już odpowiednio zasobów i nie spowoduje, że zaczniemy jechać na full swoich możliwości. Nie wrócimy do stanu wyjściowego. Oczywiście, dostaniemy jakiegoś “kopa”… ale raczej będzie to lekkie popchnięcie, niż zdecydowany wyskok do przodu. Gdy łapie bomba na trasie, na przeciwdziałanie jest już zdecydowanie za późno. Wtedy to już tylko awaryjne i człapanie do mety. Trzeba zawczasu o tym pamiętać.

mazovia legionowo 36 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Sasza na Mazovii w Legionowie w czołowej grupie

Przykłady naoczne “efektu ściany” zdarzyły mi się dwa razy w ostatnim miesiącu. Jeden dotyczył mojego kumpla z drużyny, doświadczonego, ale niezwykle, jak się okazało, lekko podchodzącego do zagadnienia. Dystans Giga na Mazovii w Legionowie nie był jakimś wybitnie ciężkim wyścigiem, mimo swoich lekko ponad 70 kilometrów. Przełożyło się to na ponad 2,5 godziny jazdy. Ja z reguły początek jadę spokojniej, zanim się rozkręcę mija dobre pół godziny. Później zaczynam kręcić i odrabiać straty. Koło 40 km doganiam swojego kumpla, który zdecydowanie zwolnił. Ciągnę go dobre 5 km, jakoś trzyma się z trudem koła, narzeka. Źle się jedzie, bomba go dopadła, ale walczy. Do momentu, gdy wjeżdżamy na mocniejszego zawodnika, który miał defekt i teraz siadam mu na koło. Po dwóch minutach kumpla już za mną nie ma. Ostatecznie na metę w Legionowie wpada 5 minut po mnie i ze strata około 10 miejsc. Dużo.

DSC07880 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Tomek na mecie w Legionowie w pełni glorii, chwały i zadowolenia. Dla niego to być dobry ścig.

I co się okazuje na mecie?
Jechało mu się dobrze jakąś godzinę. W czubie, szarpanie, spalone zapałki, walka, wyśmienita jazda. Tak dobra, że aż orzekł, że będzie rewelacyjnie do końca. Zapomniał, że to tak nie działa i jeśli jest rzeczywiście dobrze, ten stan trzeba pielęgnować i go szanować. Na bieżąco pić izo, łykać żele, chwytać banany na bufetach. Chciał dojechać do końca w czubie, zapominając że coś go musi napędzać. Na mecie okazało się, że w pierwszym bidonie coś tam jeszcze chlupie na dnie, a drugi pełny. Że połowa żelu cały czas jest jeszcze w tubce. Naprawdę, niezależnie od nogi i odczuć na pierwszych kilometrach wyścigu, nie da się przejechać prawie trzech godzi i 70 kilosów na jednym bidonie i połówce żelu! Bez paliwa nie pojedziesz, żebyś nie wiem jaką dobrą nogę miał. Jak z super wózkiem na autostradzie. Żeby nie wiem jak dobrze się jechało, komfortowo i szybko, jeśli nie będzie się zwracało uwagi na rezerwę i minie się ostatnią stację benzynową w zasięgu… to pozostaje pas awaryjny, dawanie z buta, albo “telefon do przyjaciela” 😉

RSZ8196 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Ciągnę grupę “mastersów” podczas PP XCM w Michałowie, fot. @ RoobiShot Photography

W tym samym czasie ja w Legionowie połknąłem dwa pełne żele, wypiłem dwa bidony swojego izo, chwyciłem dwie połówki banana na bufetach i dodatkowo jeszcze kubeczek izotonika. Dojechałem w całkiem dobrej formie, na zadowalającym miejscu i wcale nie na oparach, chociaż wielkiej rezerwy też nie miałem. Natomiast wyścig całkiem inaczej się dla mnie potoczył, niż dla mojego “skrzydłowego”… który po prostu odpadł.

Może i jestem jakimś podpowiadaczem, dla niektórych może dobrym wujkiem, co tam czasami doradzi, zwróci uwagę. Nie mam może za dużo doświadczenia, ale umiem analizować i lubię się zagłębiać w temat. Coś tam z tego wyciągam, dzielę się i podpowiadam. Często zwracam uwagę, że sport który uprawiamy wymaga od nas dużo pokory i świadomości, że jesteśmy tylko ludźmi. Mi samemu ostatnio tej pokory zabrakło. Podszedłem z dużą nonszalancją i brakiem przygotowania do treningu… i boleśnie sobie o tym przypomniałem.

VIRB0105 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Janowszczyzna, na trasie sobotniego treningu

Noga tak rewelacyjnie mi ostatnio podawała, tak dobrze się jeździło, że euforia przyćmiła trochę zdrowy rozsądek. A to spowodowało brak dostatecznej analizy jak i lajtowe podejście do zaplanowanego treningu. Ot po prostu, tak się rewelacyjnie jeździ, formę mam ekstra, że pyknięcie jakiś tam interwałów to będzie luzik, miuzik, zafukoczę. Tak zafurkotałem, że odgłos wybuchu bomby słychać było pod Legionowem (gdzie się przemądrzałem w tym temacie), a z leja się wygrzebywałem na czworaka.

Sobotni poranek nie zapowiadał jakiegoś ciężkiego nalotu. Ot po prostu do zakręcenia pięć interwałów po 10 minut w strefie LT. Czyli w moim wypadku tak na 250-270 Wat średnio. Pięć minut odpoczynku między nimi. Jadę w teście godzinę na 260 Wat (próg FTP, dla nieobeznanych tu wyjaśnienie w temacie), więc w teorii to jest do zrobienia, jak to się mówi “na jedną nogę”. Oczywiście intensywność jest duża, obciążenie też, ale po to jest taki trening, żeby dołożyć do pieca. Od strony zaliczenia, jak najbardziej do przejechania i odhaczenia w dzienniczku.

VIRB0063 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Piękny poranek na trening

Odhaczenia niestety nie było.
Brak pokory. Brak zastanowienia. Brak analizy. Ale nie brak głupoty. Niestety. Z rana mało czasu, więc na szybko: wciągnięty banan i kromka chleba tostowego z nutellą. Niby coś… a jednak nic jak na taki trening. Dwie godziny w WT spoko można przejechać. Do jednej godziny lekkiego treningu, to w ogóle wystarczy naczczo jechać i często to praktykuję rano dla rozruszania metabolizmu i spalenia tłuszczu. Tutaj jakoś w “pomroczności jasnej” nie zwróciłem na to uwagi. Założyłem, że pojadę wszystko, tak mi dobrze noga podaje. Zupełnie jak na trzydziestym kilometrze zajebistego wyścigu, w którym noga furczy aż miło. A żele w kieszonce leżą i płaczą…

Dwa interwały były spoko. W czasie trzeciego już zdychałem i zastanawiałem się, co do cholery się dzieje. W czwartym umarłem, a piątego już nie zrobiłem. Klasyczna bomba, uderzenie w ścianę.
Pierwszy interwał udało się zrobić na średniej mocy 257W i tętnie 175. Drugi jeszcze nie był dużo gorszy: 252W i 174 uderzenia. W trzecim już się zaczęło dziać źle, co widać po sercu: 253 W i 171 uderzeń. I czwart, który był zgonem: 245W i 167 uderzeń. Widać na tych liczbach to, co się często dzieje na zawodach. Serce zwalnia, nogi nie kręcą. Brak paliwa. Do piątego interwału wiedziałem, że nie ma co podchodzić. Mission failed.

VIRB0077 HDR - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Nogi nie dały rady…

Na wykresie wyraźnie widać, jak mi moc zjeżdżała w dół i jak pikowało HR. Klasyczna bomba na interwałach. Na szczęście do domu nie miałem pod mocny wiatr czy też dużą górę. Dojechałem, na rezerwie i awaryjnych, ale bez problemu. Przy niskiej intensywności było to możliwe. Gdybym miał gonić pod górę na przełęczy… raczej bym zjechał 😉

trening%2Binterwa%C5%82y%2Bbomba - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)

Mimo, że jestem Adam, to nie Małysz. Skoczkiem też nie jestem, mimo że jestem Ptaqiem 😉 Więc bez paliwa, na bułce z bananem nie pojadę. Będąc nawet w tak (teoretycznie) dobrej formie. Naukę wyciągam na przyszłość. Każdy trening, szczególnie ciężki, gdzie trzeba wrzucić trochę watów i utrzymać je przez kilkadziesiąt minut, wymaga odpowiedniego zabezpieczenia energetycznego. Nie ma co się spieszyć, trzeba na spokojnie wciągnąć śniadanie, dostarczyć odpowiednią ilość energii.

VIRB0043 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Na bombie… dobra mina do słabej gry 😉

Następnego dnia była niedziela. Zaplanowany trening, z założenia dłuższy, ale spokojniejszy. Miałem więcej czasu, nie musiałem się spieszyć. Wciągnąłem powoli śniadanko, nawet coffee sobie popiłem. I depnąłem mocniej. A noga na tyle dobrze kręciła, że w “ITT mode” wskoczyłem i jak to się mówi byłem “na gazie” 🙂  Widać to na Stravie. Odrodziłem się szybko na nowo. Ale miałem tym razem odpowiednie rezerwy energetyczne, żeby dobrze pocisnąć.

VIRB0384 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
Janowszczyzna w niedzielę…

Jeśli nie napędza cię słońce i nie masz zamontowanych baterii słonecznych, a jesteś “tylko” kolarzem, pamiętaj o podstawowej zasadzie: bez paliwa, nie pojedziesz! Sama bułka z bananem może wystarczy dla skoczka narciarskiego, ale nie dla trenującego czy startującego kolarza 🙂

VIRB0163 - Trening to nie bułka z masłem (a nawet bananem)
…noga furczała