Zastanawiam się czasami, co nas pcha do przodu. Co tak w zasadzie motywuje mnie, osobiście, jako sportowca, zawodnika, PtaQa nielotnego, do działania. Do ciężkiej, jakby nie było – pracy, do treningów. Do wydłubywania z każdego, zapełnionego innymi sprawami dnia, dodatkowych godzin na trening, rower i sprawy dookoła z tym związane. Na przeznaczanie niekiedy całych weekendów na wyjazd na drugi koniec Polski, start w zawodach i powrót.
Jesteśmy w gruncie rzeczy w większości totalnymi amatorami. Trenujemy i ścigamy się w zasadzie sami dla siebie, o przysłowiową pietruszkę. Plastikowy pucharek, kolorowany medal na szyi. Nic się za tym nie kryje, prócz… SATYSFAKCJI.

DSC 0125 - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
na trasie MK Sejny

Oczywiście gdzieś na początku jest jakaś zajawka, trzeba chwycić bakcyla, polubić ten rower, trenowanie, chwycić się tej pasji, która się w nas rodzi. Później chęć sprawdzenia siebie, chęć rywalizacji, poczucia adrenaliny, zadowolenia i spełnienia się wśród podobnych sobie amatorów.
Ci którzy znają mnie, lub obserwują bloga, przeszli w jakiś sposób przez moją historię. Od wielkiego, ponad 90-cio kilowego wieprza (nie boję się użyć tego słowa) który ledwo po schodach wchodził, do totalnego świra rowerowego, kolarza amatora i PtaQa na BajQ. Który dziś startuje, jeździ po Polsce, łyka nowe doświadczenia i stale podnosi swój poziom sportowy.
Niesamowite jest jak jeszcze kilka lat temu, startując w swoim pierwszym sezonie i pierwszych zawodach, człowiek taki jak Ja na to patrzył. Jak obserwował tą “Elitę”, która jechała z pierwszego sektora, przyjeżdżała w czubie, stawała na podium. Niewyobrażalnym było to, żeby wśród nich się znaleźć. Nie ten poziom, nie ta liga. Do głowy by mi nie wpadło, ze kiedyś mógłbym do tej “pierwszej ligi” awansować i znaleźć się na tym poziomie startowym, który umożliwiłby mi rywalizację wśród tych zawodników.
Nie wiem, czy mam jakieś szczególne predyspozycje. Raczej wątpię, przeszedłem odpowiednie badania z oceną wydolności i została określona jako średnia. Nie jestem w żaden sposób jednostką wybitną, która ma ukryte zdolności i odpowiedni organizm, żeby osiągać wysokie wyniki sportowe. Żadne parametry na to nie wskazują. Ot taki zwykły gość… który się zawziął 🙂
Mam jakoś tak, że jeżeli coś mnie pochłonie, mam z tego satysfakcję i jakieś parcie, to się temu poświęcam. Cholera go wie, dlaczego akurat padło na kolarstwo i co w nim moja głowa takiego znalazła. A znalazła dużo! I cały czas w tej głowie to siedzi.

11722229 408247822712981 4785159220744673300 o - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
na trasie MK Sejny

Rozwój sportowy i pokonywanie następnych szczebli wtajemniczenia (bo jakby nie było, trzeba się mocno zagłębić w temat) to kupa zaangażowania, czasu i wiedzy. Trening to podstawa. Parcie do przodu to już nasza wewnętrzna motywacja. Mam jej dużo. A na końcu jest niesamowita SATYSFAKCJA. Często jest też uznanie otoczenia, bliskich, innych zawodników. ludzi którzy kibicują. Tych co pamiętają, jak startowałem jeszcze kilka lat temu i przyjeżdżałem w połowie stawki. Najwięcej chyba znaczą słowa zawodników, którzy trenują podobnie jak Ja. Wiedzą o co chodzi, ile to wysiłku, czasu, motywacji i zaangażowania wymaga. I kilka lat temu jechaliśmy razem, wspólnie, w tych samych grupach, z podobnym miejscem na mecie. Teraz często jest tak, że zostawiam ich gdzieś za sobą, wskoczyłem do wyższej ligi. Uznanie i podziw tych ludzi z peletonu to chyba największa nagroda. Może człowiek potrzebuje po prostu pochwał 😛
W zeszłym roku stanąłem po raz pierwszy na podium swojej kategorii. PtaQ doleciał do celu! Niesamowite wspomnienia i uczucia temu towarzyszyły. Niby nic wielkiego, żadne mistrzostwa, żaden sukces. Ot “lokalny ogórek”, ale wewnątrz człowiek czuje się jak mistrz! Ten który wygrał sam z sobą, ze swoją przeszłością i lokalnymi świrami, takimi samymi jak on. Cały sezon drapałem się do czołówki, zaliczyłem kupę czwartych miejsc. Byłem w czubie, ale brakowało tej kropki nad i.
W tym roku przejście do innej, wyższej kategorii wiekowej. Tak, cholera, człowiek ma już cztery dychy na karku 😛 Wydawałoby się, że będzie lżej… Nic bardziej mylnego. Ciężka kategoria, a jakość ścigających się Mastersów jest naprawdę wysoka. Mimo to czuję, że mój poziom idzie do przodu. Że taktyka “małych kroków”, poprawiania detali, ciągłego doskonalenia się i po prostu trening, podnosi mój poziom sportowy. Cały czas jest z tego SATYSFAKCJA przede wszystkim. Powoli pnę się do góry. Pierwsze pudła w kategorii… seryjnie trzeci 🙂  Miesiąc temu w Sejnach świetny wyścig, bardzo dobra rozgrywka taktyczna, brak błędów, dobra forma, wygrana na finiszu z bezpośrednim konkurentem w kategorii… i po raz pierwszy drugi stopień pudła.

11717588 408582476012849 5542902335429485655 o - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
MK Sejny – zaciśnięte zęby i walka na finiszu

Ach jak noga podawała… aż szkoda było na urlop wyjeżdżać i odpuszczać następne starty. Ale odpoczynek też jest potrzebny, reset, regeneracja organizmu. Udało się w ten czas mimo wszystko za dużo formy nie stracić. Wręcz poczułem świeżość, chociaż noga, jak to zawsze po przerwie drewniana. Ale tydzień do następnego startu przepracowany, noga rozruszana. Pozostawało tylko pytanie, jak organizm to wszystko przyjmie.
Maraton Kresowy w Narewce. W charakterze trochę dziwny. Bo to bardziej wyścig o charakterze szosowym… w terenie 😉 Bardzo płasko, na dystansie ponad 60 km, niecałe 200 metrów przewyższenia. Brak jakiś trudności technicznych, głównie szutry, trochę korzeni, dziur w drogach, kilka kawałków łąką. W efekcie od startu do mety, ten kto jest wystarczająco mocny, trzyma się grupy czołowej i ciśnie razem z nią. Po raz pierwszy udało mi się to przez większość dystansu rok temu. Niestety kraksa na drugiej rundzie, to strata kontaktu z czołówką i brak szans na dojście. Peleton leci ze średnią ponad 30 km/h. Koło w koło, często w dwie linie. Szarpiąc od spokojnego 25 na godzinę, do prawie 50 km/h gdy ktoś próbuje się oderwać i uciec. Ale często nie ma warunków, nie ma podjazdu, cięższej sekcji na oderwanie. I tak w tamtym roku peleton czołowy przyjechał na metę razem… beze mnie. Był finisz z grupy, a jak to bywa przy takim finiszu to ruletka jeśli chodzi o kolejność. Kto jak się ustawi, jak wejdzie w ostatni zakręt, czy się zblokuje, czy wytrzyma. Kolejność na mecie dość przypadkowa 😛 Sam dojechałem do kreski kilka minut później.
Teraz też przewidywałem podobny scenariusz. Trasa zmieniona, ale o charakterze tym samym i żadnych zaskoczeń nie było. Na dobre wyszła tylko zmiana miejsca startu i mety, ze stadionu na asfaltową drogę z podjazdem (na finisz) koło stadionu. Więcej miejsca na sprint, mniej niebezpiecznie, łagodniejszy wiraż.

DSC 0122 - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
na starcie MK Narewka

Od startu ogień. Przytkało mnie, jak to zwykle bywa. Nie mówiąc już, że start nie udany (małe zamieszanie przede mną), to jeszcze organizm nie może wejść na wysokie obroty. W rezultacie przez pierwsze kilometry jestem gdzieś z tyłu, koło połowy stawki. Nie za dobra pozycja, więc staram się ją jak najszybciej odpracować. Zawodnicy, którzy są zwykle z tyłu i następuje jakaś selekcja, tu oczywiście trzymają się czuba i jest po porostu ciasno. Korzystam z każdej okazji, by przesuwać się do przodu. ostatecznie pozostaje grupa około 30-stu zawodników… w której jadę gdzieś na końcu. Jest trochę walki o koło, na łokcie, przyśpieszania i rwania. Powoli poniektórzy po takich przyśpieszeniach odpadają. Grupa się zmniejsza, trochę wszystko się uspokaja. Najgorsze są przyśpieszenia i zamieszania przy ostrych zakrętach. Na takim jednym, gdy zjeżdżamy z krótkiego odcinka asfaltowego w lewo w las, tworzy się korek. Ktoś się blokuje, nie wyrabia, wypina z bloków, staje. Jestem z tyłu… i zostaje niestety przyblokowany. Następne piętnaście kilometrów to pogoń z kilkoma zawodnikami za czołówką. Ciśnięcie, zmiany, tętno cały czas ponad 180… ile tak wytrzymam? Ale noga kręci, pikawa wytrzymuje, lecimy jak szatany. Widać w oddali pomiędzy drzewami kolorowe koszulki. Ostatnie zmiany, ostatni wysiłek… grupa zespawana 🙂

11816275 419418421595921 6684454228884907559 o - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
MK Narewka, peleton się zbliża, PtaQ w czubie 🙂

W peletonie już spokojniejsza jazda, tętno się uspokaja, chociaż są skoki i trzeba nadrabiać. Jak ta Narewka przypomina bardzo jakąś szosową ustawkę lub wyścig! W którymś momencie mam nawet swoją chwilę chwały… prowadzę peleton 😛 Jak to przy jeździe na dwie linie, z przodu nikogo przede mną, jakoś zrobiło się pusto. Wepchnąć się na koło nie ma jak… więc delikatne przyśpieszenie i jestem na przodzie. Cholera, gdzie się fotografowie pochowali! 🙂 Tak jadę ze dwa kilometry, aż do poszerzenia drogi, gdzie strażacy postawili kurtynę wodną. Tutaj wszystko znów się zbija w kupę… a dalej stoi fotograf 😀

11222993 419418594929237 6278600525197130327 o - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
przejeżdżamy pod kurtyną wodną

Wyścig zbliża się do końca, zostaje z dziesięć kilometrów. Wyrywa to jeden, to drugi, ale są kontry. Aż wyskakuje Jakub, odskakuje z 10-20 metrów… i ucieka. W peletonie spokój… Dajemy mu uciec, nie gonimy? Nie, nie gonimy, niech wygra, zasługuje – słyszę. No proszę… Reszta pretendentów z tyłu blokowana i w taki sposób mamy zwycięzcę. Peleton rozkręca się dopiero po kilku kilometrach, ale już nie goni, tylko się ustawia do finiszu.
Ostatnia prosta po szutrze, wjazd w lewo w asfalt. Grupa przyśpiesza. Mam trochę wolnego po lewej, przeciskam się do przodu, żeby zając lepszą pozycję. Wiem, że ostatni zakręt jest w prawo, więc dobrze by było się przecisnąć. Nie do końca się to udaje, źle się mimo wszystko ustawiam, przyblokowany trochę jestem na wirażu i startuję do sprintu prawie z końca. Przed sobą mam przede wszystkim Adama z mojej kategorii, więc zaciskam zęby i walczę na finiszu do końca. Wiem, że jest okazja wygrać kategorię, bo nikogo innego z naszej tu nie ma. Kręcę jak oszalały, łykam Adam, jeszcze ze dwóch zawodników i wpadam na metę z okrzykiem radości. Jak się później okazało… Adam nie jest w mojej kategorii 🙂 Ale po doświadczeniach z Siennicy, gdzie przez frajerstwo przegrałem podium, bo nie przewidziałem że walczę z zawodnikiem z kategorii, wolę zakładać że każdy potencjalnie jest z kategorii 😛 A więc walka do końca, tętno na finiszu 190! Jeszcze w tym roku do takiego pułapu nie dotarłem i już myślałem, że jest dla mnie nieosiągalny. Sprinterska prosta pod górkę na metę, 20 sekund ze średnią mocą 600W i maksem na 900W. Dałem radę 🙂

DSC 0821 - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
finisz w Narewce

No i jest, pierwsze miejsce! Po raz pierwszy na najwyższym stopniu podium. Złoty medal, SATYSFAKCJA i zadowolenie. Po roku od Chełma mogę powiedzieć, że znów PtaQ doleciał do następnego celu 🙂

11221990 815925555194884 6658001894574051599 o - Narewka, czyli lot po(d) satysfakcję
diabelsko zadowolony na podium 🙂

Teraz czas na lot do…

następnego celu po SATYSFAKCJĘ 😀