Człowieka czasami poniesie. Wyniesie lub przeniesie. Mnie przeniosło do Polski centralnej… na wygnanie :/
Różna robota się trafia. Ja mam jedną w zasadzie od kilkunastu lat… ale bardzo zmienną. Zmienia się razem z firmą w której pracuje. Nowe projekty, pomysły, różne kierunki, zmienne priorytety. Jestem trochę człowiekiem do zadań specjalnych 😉 Jak coś dużego jest do zrobienia… to PtaQ rozwija skrzydła i leci. No więc teraz wylądowałem w Koluszkach. I kto mnie jakoś tam obserwuje czy na Fejsie, czy na Stravie to widzi inne krajobrazy, trasy, kilometry robione własnie w okolicach Koluszek, Brzezin, Strykowa, Łodzi.

#new #task #project #job #new #home #logiq #logistic #center #koluszki

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Adam (@ptaqnabajq)



Bo kilometry PtaQ oczywiście robi. Można mnie oderwać od aktualnej roboty, przenieść kilkaset kilometrów, dać nowe zadania, wyznaczyć priorytety. Ale od roweru oderwać się mnie nie da 😛
Wlokę go wszędzie ze sobą jak szczoteczkę do zębów. Ładuję do bagażnika (na szczęście mam duży), zostawiając jeśli trzeba inne mniej potrzebne rzeczy. Ma on tam swoje stałe miejsce i priorytet w jego zajmowaniu. Oczywiście kółka już dawno jeżdżą w odpowiednich pokrowcach, żeby nie było powtórki z rozrywki i problemów.
Roboty jest dużo. Jak to przy nowym projekcie. Kocioł, galimatias, problemy, zaskoczenia. Wszystko jest nowe, świeże, inne. Trzeba się dostosować. Plusem jest mieszkanie na miejscu. Roboty od groma, ale nawet jak skończy się osiemnasta, czy dziewiętnasta… to piętnaście minut później człowiek już jest gotowy na rower 🙂 A gdy rano wyskoczy, to pół godziny po powrocie ora przy biurku i laptopie 🙂
Początkowo było zdziwienie ludzi, z którymi pracuję, jak wyciągałem z bagażnika… przede wszystkim rower. Przez ostatnie dni było zdziwienie, że chce mi się jeździć wieczorami, gdy żar z nieba się leje. Albo wstawać z rana i pędzić przed robotą. Dziś już przyjęli moją drugą osobowość, czyli kolarza, do swojej świadomości. Chociaż nie połączyli jeszcze raczej z PtaQnaBajQ 😉



Początkowo te robienie kilometrów było często przetykane… setkami metrów butowania. Poznanie nowych asfaltów i dróg, ułożenie odpowiedniej trasy, wymaga jednak czasu. Planowanie na Stravie, oglądanie segmentów, dopasowywanie ich do trasy, planowanego kilometrażu i czasu treningu. Podpatrywanie na googlach, oglądanie dróg w Street View, to wszystko długi wstęp do tych kilkudziesięciu kilometrów trasy, które człowiek planuje na obczyźnie zrobić. A i tak bywa to zawodne i zdradliwe. Czasami coś się ominie, nie wjedzie w odpowiednią drogę, przejedzie skrzyżowanie, nie sprawdzi dokładnie na googlach… i wtopa gotowa. Wtopa z nieznaną drogą zawsze się dogada i zaskoczy. A ta potrafi się skończyć. Jeśli jeszcze dobry asfalt, to pół biedy. Po dziurach też się pojedzie. Ale często asfalt w ogóle się kończy i zaczyna się… polna droga. Szutr. Żwirówka. Człowiek, jak to człowiek woli przeć do przodu, niż zawracać… przynajmniej ze mną tak jest. I czasami za kilkaset metrów jest znów asfalt. Chociaż częściej złośliwość nieznanych dróg przekracza granice dobrego wychowania. Nie zważając na moje potrzeby gładkiego poruszania się na cienkich oponach szosówki… takie drogi potrafią rzucić pod koła kamienie, tłuczeń lub piach. A wtedy koniec jazdy… pozostaje butowanie 🙂

#wrong #way #bad for #roadbike #sand #walk 😥

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Adam (@ptaqnabajq)



Na początku człowiek nie orientuje się tak w zasadzie gdzie jest, gdzie skręcił, w jakim kierunku jest “dom”. Gdzieś jedziesz, lecz nie wiadomo gdzie. Zwalniasz przed skrzyżowaniem, zakrętem… czy jak tu wjadę, to dojadę? Najczęściej zadawane wewnętrznie pytanie. Oczywiście czasami zbuduje się trasę i wgra ją do Garmina. Ale jeśli w trakcie jednak trzeba coś zmodyfikować (bo droga się jednak skończyła), to powrót na właściwy kierunek potrafi być niezłą zabawą na orientację.
Najlepszym Twoim dzi-pi-esem i nawigacją w tych warunkach okazuje się… lokalny masters. Chociaż upolowanie go do łatwych nie należy. Skubańcy chowają się gdzieś po drogach, a może krzakach. Jeżdżą zawsze inną drogą niż ty, a nawet jak już masz to szczęście, że jednak tą samą… to zawsze w przeciwnym kierunku 😛 Zastanawiałem się, czy przypadkiem lokalny masters to nie jest już wymarły gatunek na tych terenach. Na szczęście okazało się, że jeszcze zamieszkuje te okolie, nie wyginął i nawet czasami na rower wyskakuje. Widząc takiego daleko przed sobą, poruszającego się niemrawo w tym samym (o dziwo!) kierunku co ja, depnąłem ostro na pedały, żeby go nie zgubić. Okazało, się że to nie fatamorgana. Z dogonieniem nie było większego problemu, z oswojeniem także 😉 Kilka zdań, kilkanaście kilometrów i zaprzyjaźniliśmy się z Grzegorzem jak starzy kumple.

#huge #mushroom on the #road #tarmac #fungus 😆

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Adam (@ptaqnabajq)



I od razu zaczęła się zabawa. Okazało się, że większość dróg, którymi do tej pory jeździłem, jest oczywiście do dupy. A na pewno nie jest stałą trasa przemieszczania się lokalnych kolarzy. Proste drogi, którymi już przyzwyczaiłem się jeździć, zmieniły się znów na nieznane i pokręcone do granic możliwości trakty. Oczywiście z reguły z lepszą nawierzchnią, mniejszym ruchem, fajniejszymi górkami i zajebistym flow 🙂 Dodatkowo z większą ilością innych lokalnych mastersów 🙂
Przestało przeszkadzać, że nie wiem, gdzie jadę. Bo na kole wiedziałem, że zawsze gdzieś wyjadę. Duża zmiana kierunków oczywiście niszczyła mój zmysł orientacyjny i wprowadzała wesołość wśród moich towarzyszy: “zaraz dojedziemy do Brzezin? Hahaha…. nie, jesteśmy pod Strykowem”. Albo: “Skręcamy w lewo do domu? :))))… Nie, skręcamy w prawo do domu”. Za to ilość nowo łykniętych asfaltów, poznanych dróg, podjazdów i często zachwytów nad krajobrazem wynagradzała te drobne złośliwości.



A ilość nowo poznanych asfaltów jest zawsze wprost proporcjonalna do ilości nowo poznanych mastersów 🙂 Tak oto powstało pierwsze kolarskie “prawo PtaQa” 😀
Przestało być też nudno. Słuchawki i muzyka pozostały w domu. Na trasie zaczęły się rozmowy, opowieści, historie. Kilometry mijają szybko i miło. Przy okazji człowiek też się dowiaduje… że obiektywnie rzecz biorąc, na nogę doświadczonego mastersa… to jest MOCNY. I te interwały, które się robi z lokal masters na kole, to są do PORZYGU. No i konsekwencją tego może być, że jak zostanę na weekend i na jakąś lokalną ustawkę, to powinienem… ROZPIERDOLIĆ TOWARZYSTWO. Ciekawa perspektywa 😉
Wrastam więc powoli w lokalne asfalty, lokalne opowieści, ustawki, zawody. Wiem już gdzie jadę, rzadko trafiam na upierdliwe odcinki, nie muszę zawracać. Na szczęście na weekendy wracam do domu, do rodziny. Do swoich lokalnych mastersów i kumpli, na swoje asfalty, trasy, ustawki. Do swojej drużyny i na swoje zawody. I mam wrażenie, że mimo całej upierdliwości sytuacji, mam podwójną dawkę wszystkich kolarskich emocji, zdarzeń, zachwytów, kilometrów i tras. Szkoda, że to nie góry, tylko jednak mimo wszystko płaska, centralna Polska. Chociaż wtedy istniałoby niebezpieczeństwo, że na nasze (też płaskie) Podlasie, w ogóle by mi się wracać nie chciało. I pojawiłoby się hasło: przeprowadzka!
A tak zostanę mimo wszystko rozdarty pomiędzy podlaskie klasyki na weekendy, a rundy Baranowskiego i kręcenie się w okolicach Łodzi w tygodniu. W takim trochę rozkroku… na wygnaniu.