Będzie trochę o perypetiach sprzętowych, których w tym sezonie całkiem sporo miałem. Jak dobrze popatrzeć na mój kalendarz startowy, to od połowy sezonu cały czas coś się “chrzaniło”. Nie wiem czy to wina przelatanego już sprzętu (i osprzętu), czy wina pecha. Pewnie nakłada się na taki stan rzeczy kilka czynników. Faktem jest, że w zeszłym sezonie, póki Scott był nówka funkiel wyjęty spod igły byłem mega zadowolony i żadnych w zasadzie problemów nie doświadczyłem. Dziś powiem szczerze, szczególnie w kwestii osprzętu XX, tak jednoznacznej oceny już nie mam, jak jeszcze rok temu wyrażałem w tym wpisie. Nadal podstawowe kwestie jeśli chodzi o jakość pracy, odczucia itp. mam takie same. Gorzej z niezawodnością.

Wszystko się po prostu starzeje. Intensywnie eksploatowany sprzęt nie może być wieczny. Ilość przejechanych kilometrów wyścigowych, często w trudnych warunkach, ilość zdarzeń, “wypadków”, uderzeń, wciągniętych patyków, przemielonej trawy sprawia, że nawet początkowo bezawaryjny Sram zaczyna się sypać.

Mój problem zaczął się od jakiegoś treningu na swoich śmieciach, gdzie na początku sezonu z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn (sprawę bada CBŚ 😉 ) łańcuch spadł z blatu i zablokował się w przedniej przerzutce. Większość z was zna pewnie ten efekt, gdy lecisz w pędzie z góry, kręcisz korbą, łańcuch spada, klinuje się w przedniej przerzutce i następuje nagłe zatrzymanie ruchu obrotowego korby ze zgrzytem. Siła jest na tyle duża, że przerzutka ostro dostaje od klinującego się w niej łańcucha i najczęściej się wygina. Wygięła się także w tym wypadku. Oczywiście w lesie dogiąłem ręcznie, w domu narzędziami, próbując wyprofilować w odpowiedni sposób. Niestety jak się okazało takie zabiegi nie zapobiegły spadaniu łańcucha. Cały czas coś nie grało. Niby wszystko wyglądało dobrze, ale łańcuch spadał w najmniej oczekiwanych momentach.

Ten kulminacyjny i najmniej oczekiwany moment nastąpił oczywiście… na najważniejszych zawodach sezonu. Prawo Murphy’ego pokazało swą moc w całej okazałości.

Możesz sobie wpisać zawody o priorytecie A do kalendarza, przygotowywać się do nich pół roku. Wierzyć w “mariginal gains”, dorabiać szczegóły, dbać o dietę, BPS, być w gazie, mieć nawet nogę i dobra głowę do wyścigu. Wszystko możesz… a na koniec okazuje się, że wszystko zależy od jednego małego, pieprzonego ogniwa w łańcuchu 🙁

11222573 1021592774541483 5193488241749841980 n - Odyseja 1x10 część 1 - problem
Puchar Polski XCM w ramach Maratonów Kresowych w Chełmie. Początkowe kilometry, nawrotka i ostry podjazd pod niewielką górkę. Redukcja przełożenia, także zrzucenie z przodu na mały blat. Przerzutka z łańcuchem nie dogadują się w tym momencie i ten drugi mija zęby, żeby zakleszczyć się pomiędzy ramą a blatem. Jako, że noga była mocna tego dnia, pociągnąłem na tyle mocno, że wbił się bardzo głęboko, gdzieś aż w pająka. Zanim go wyszarpnąłem minęło kilka minut. Nie zauważyłem powyginanych ogniwek w ferworze walki. Po prostu wskoczyłem na siodło, żeby gonić uciekającą mi czołówkę. Oczywiście wszystko w napędzie zaczęło się buntować, haczyć, ocierać, ostatecznie łańcuch ponownie spadł. Teraz wywracając rower na plecy zobaczyłem dopiero masakrycznie poskręcany łańcuch i powyginane ogniwa.
Co pozostało? Prostowanie na kamieniach. Plus pomoc objazdowego serwisu, czyli gościa który jakieś narzędzia ze sobą miał. Okazało się, że wsadzenie śrubokręta w ogniwko jest rozwiązaniem wystarczającym, żeby jakoś jechać. Terkocząc dookoła, klnąc i psiocząc, ale jednak jechać. Oczywiście każda redukcja i zmiana na przedniej przerzutce (których w Chełmie było sporo) to była walka o odzyskanie napędu i utrzymanie płynności jazdy. Oczywiście taka sytuacja odbiera chęć walki i dalszej jazdy. Może gdyby w Chełmie była jedna pętla, to jechałbym twardo dalej. Ale przejazd koło mety na drugą rundę w takiej sytuacji był, jak się okazało, ponad moje twarde postanowienia kończenia wyścigów mimo przeciwności losu. Zjechałem, nie kończąc maratonu.
%257E1447601531%257EDSC06046 - Odyseja 1x10 część 1 - problem
Oryginalne nagrody z Chełma… niestety tym razem nie dla mnie 🙁
Oczywiście w takich wypadkach forum bliższych lub dalszych znajomych na fejsie okazuje się kopalnią pomysłów i sprawdzonych (bardziej lub mniej) rozwiązań. Większość podpowiedzi sprowadzała się do rozwiązania, o którym i tak myślałem. Czyli redukcji napędu do jednego blatu z przodu 🙂
Ale o tym będzie w następnym odcinku Odysei 🙂