… najlepszego w ostatnim roku 🙂
Czyli taki Mój “The Best of 2015”, podsumowanie, czy jak to zwał, tak zwał 🙂
Nie będę pisał co mi poszło lepiej, gdzie gorzej, co wyszło, a gdzie… zeszło 😛 Kto śledzi bloga i moje wpisy mniej więcej wie jak PtaQ lata 😛

Z osiągnięciami jest tak, że są i żyją w mojej głowie. Podobnie zresztą jak porażki. Mają wymiar, ale mikroskopijny dla ogółu, a znaczenie tylko dla mnie. Pucharki jak były, tak są plastikowe, medale nie brzęczą, dyplomy sobie na ścianie wiszą. Numery startowe do kolekcji też 🙂

2016-01-17 19.51.34
Sezon obfitował w wydarzenia fajne i rzeczy z kategorii tych “najlepszych”. Zebrałem trochę doświadczeń, łyknąłem czegoś nowego, trafiłem na fajnych ludzi. W wielu kategoriach życiowych, ludzkich, sportowych, trafiło mi się coś “najlepszego”. Jakich kategoriach i co Najlepszego trafiło PtaQa w tamtym sezonie?

Ludzie
DSC00234Mam takie szczęście, że trafiam przeważnie na ludzi dobrych, a często na tych Najlepszych. Pewnie jest w tym dużo prawdy, że Dobro przyciąga Dobro 😉
Ci Najlepsi z Najlepszych znaleźli się w BLU Cersanit Team Refleks. I to nie tylko jeśli chodzi o ostatni sezon, ale o całe pięć lat, przez które drużyna istniała i ścigała się w zawodach MTB. Udało mi się skupić i zorganizować grupę świetnych ludzi i zawodników. Zrobić z “zakładowej drużyny” team o zasięgu ogólnopolskim, który nie tylko wygrywał lokalne Maratony Kresowe, ale także (nie da się ukryć, że dzięki przemyślanej taktyce tworzenia drużyny pod generalkę) zdobył w zeszłym sezonie drużynowo Puchar Polski w Maratonach MTB. Szkoda tylko, że mimo zaangażowania ludzi, drużyn, zawodników, sam PZKol w całości cyklu nie umiał stanąć na wysokości zadania i stworzyć z tego “wydarzenia”. Na koniec też niestety pokazało się wielkie “NIC”, bo ani zaproszenia na grudniową galę, ani Pucharu, ani nawet wzmianki w temacie drużynówki PP nie było. Na szczęście co pojeździliśmy, postartowaliśmy, zdobyliśmy –  to nasze 😀DSC03167

Pięć lat zaangażowania w organizację drużyny, jej startów, logistykę, budżety i bzdety etc. to wystarczająco dużo czasu, żeby powiedzieć sobie… dość. Przede wszystkim brak czasu, ale też powoli brak chęci i możliwości mojego osobistego zaangażowania się w temat oznacza. że w przyszłym sezonie BLU Team istnieć w zasadzie nie będzie. Nie będzie w znaczeniu takim “zorganizowanym” jak to było w ostatnich latach. Bo pewnie startować będziemy w ograniczony gronie, na luzie, bez planu, ale nadal z pasją 🙂
To byli Najlepsi Ludzie sezonu… a w zasadzie kilku ostatnich 🙂 BLU Cersanit Team Refleks dziękuję za wspólne treningi, wyjazdy, starty. Byliście Najlepsi 🙂 I do zobaczenia na trasach w sezonie przyszłym. Niezależnie w jakich barwach 😀

Zawody
Jak już jesteśmy przy startach, drużynach to o najlepsze zawody trzeba zaczepić. Nie w sensie, najlepiej pojechane (przeze mnie), nawet nie w sensie najlepszej organizacji, ani nawet trasy. Po prostu najlepsze zawody w odniesieniu do odczuć, emocji, czegoś co sprawia, że na wspomnienie tego czujesz dreszcz emocji i podniecenia. Pamiętasz ten ból, ten strach, niepewność, euforię na mecie… i chcesz to powtórzyć.
Cyklokarpaty Kluszkowce.

11026252_1008564599153715_7986298874087610226_o

Niektórzy być może stwierdzą, jaki dziwny wybór. Tak wiem, mam świadomość, że dziwny. Trasa z której można by było wycisnąć o wiele więcej, jeśli chodzi o okolicę. Za mało głazów, kamieni, techniki. Za dużo asfaltów Kilka potknięć organizacyjnych. Brak ekstremum.
Ale to był start i zawody, których się po prostu bałem i na które czekałem z niecierpliwością. W ramach PP XCM pojechaliśmy do Kluszkowiec na trasę, która miała mieć prawie 90 km długości i 3 tys. metrów przewyższenia. W góry. W prognozę pogody, która nie była optymistyczna. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Nie wiedziałem jak to wytrzymam. Czy przekroczę choć linię mety po pięciu godzinach, czy będę się ciągnął przez sześć, czy umrę na trasie. Rok wcześniej zacząłem przygodę ze startami MTB w górach, wystartowałem w Stroniu Śląskim i w Istebnej. Na dystansie Mega, czyli maks 50 km i około 1000-1500 metrów przewyższenia. Teraz miałem pojechać dwa razy dalej, wyżej, dłużej…
Pamiętam emocje przed startem, zdenerwowanie, niepewność. Pamiętam deszcz i wilgoć, chłód i późniejsze rozpogodzenia. Pamiętam trasę, zjazdy, podjazdy, z kim jechałem, kogo zostawiłem z tyłu, komu koła nie utrzymałem. Nie pamiętam aż tak dobrze żadnego maratonu wcześniej, ani też żadnego później. Może inne lepiej pojechałem, miałem lepsze wyniki, lepsze samopoczucie, nogę, może miały lepszą trasę. Ale to właśnie Kluszkowce najbardziej wryły mi się w pamięć jako te zawody Najlepsze.

DSC04615Pamiętam to uczucie po prawie pięciu godzinach (tak, zmieściłem się w pięciu godzinach co uznaję za swój mały sukces) jak dojeżdżałem do mety, pamiętam tą euforię, zmęczenie, te uczucia które niosły mnie pod ostatnią górę do kreski. Dużo bym dał, żeby móc to znów poczuć. I wiem, że będę musiał dać z siebie jeszcze więcej, pojechać dalej, dłużej i mocniej, żeby znów to wszystko co najlepsze w tym sporcie otrzymać. I dlatego własnie Kluszkowce to moje Najlepsze Zawody sezonu 2015.

 

 

Trasa
Z najlepszych zawodów przejdźmy do trasy 🙂
Tutaj miałem nie mały problem. W odniesieniu do trasy nie skupiałem się tylko na zawodach. Szukałem trasy, która dała mi najwięcej satysfakcji, emocji, zachwytów. Tak tej treningowej, jak i z zawodów. Zastanawiałem się, czy kategorii tu nie podzielić, ale doszedłem do wniosku że byłoby to rozdrabnianie się. Albo wszystko, albo nic. Padło jednak na zawody. Zawody które w moim mniemaniu o mały włos przegrały w kategorii powyżej z Kluszkowcami.

11722508_805095666278519_8840579018243874843_oTarta Road Race, bo o nich mowa, okazały się objawieniem sezonu 2015. Gdybym to wszystko rozpatrywał w kategorii: najlepsza organizacja, trasa, najwięcej emocji, najwięcej zachwytów, satysfakcji, to właśnie TRR by wygrało. W zasadzie tutaj główna rolę odegrała trasa, jej umiejscowienie i to, co z niej organizatorzy wycisnęli. Nie trudno w tych okolicach zapewne złożyć dobrą trasę… ale można też ją spieprzyć. Tutaj Org się naprawdę postarał, skupił, ułożył to tak, że każdy dostał w dupę. A o to w takich wyścigach chodzi. Podjazdy, zjazdy, przy tym widoki, zachwyty, uniesienia. Mimo zapieku w nogach, serca walącego jak oszalałe, trilionówmiliwatów generowanej mocy i patrzenia na Garmina… dookoła było fantastycznie 🙂 Trasa górska z prawdziwego zdarzenia, ścianki, doping kibiców, zabezpieczenie i oznaczenie. Wszystko perfekcyjne i wspaniałe 🙂

DSC03211To, że nie wybrałem trasy MTB… No cóż, dużo było dobrych, żadna najlepsza 🙂 To, że w tej kategorii zwyciężyła trasa szosowa, oznacza także… być może zmianę kierunku na ten zbliżający się sezon 😉








Żarcie
Jedzenie, danie, posiłek… po prostu żarcie 🙂
Zastanawiałem się, co takiego nowego, powtarzającego się i fajnego w ostatnim sezonie zacząłem konsumować. Czyli takie odkrycie, coś co pojawiło się w moim menu i zostało na dłużej.
Kilka lat temu była to owsianka 🙂
2016-01-02 09.32.32Nie wiem, co ja mam z tymi płatkami zbożowymi (owsianymi, żytnimi czy orkiszowymi – nie ważne), że je tak jem, lubię i z nimi kombinuję. Ale po prostu lubię wymyślać lub przerabiać pod siebie różne przepisy i dania z nich robione. W tamtym roku był to omlet owsiany.

Podstawę i pomysł zaczerpnąłem od Łukasza z rovver.pl. Był to jego prawidłowy kolarski omlet. Mój jest bardzo podobny 🙂 Do 50g pełnoziarnistych płatków orkiszowych/żytnich z otrębami dodaję dwa jajka. Do smaku ląduje tam jeszcze kostka pokruszonej, gorzkiej czekolady, kakao, płatki migdałowe, pestki słonecznika lub dyni. Jeśli trening ma być mocny i potrzebuje dużo energii, dorzucam porcję białka i gainera. Czasami wkrajam też banana, morele suszone lub śliwki. Ale trzeba uważać, bo jak za dużo składników, to omlet robi się naprawdę wielki! I trudno go zmieścić, nie mówiąc o tym, że sporo trzeba poczekać, aby nie wyjść na trening przepełnionym. A więc z umiarem 😉

2016-01-02 09.20.27Wszystko (lub cześć) zbełtane wrzucam oczywiście na patelnię. Najgorsze jest przerzucenie omletu na drugą stronę, ale mam już swój patent i opracowałem specjalną strategię 😉
Na koniec smaruję go czymś na słodko: dżem, konfitury, czasami idę na całość i ląduje tam nutella. Wszamanie takiego omleta przed treningiem, to taka dawka energii, że starcza naprawdę na długo.

 

 

 

Suple i Energia
pobrane (1)Jak już jesteśmy przy energii i żarciu, to przy okazji odkrycie mijającego sezonu jeśli chodzi o żele energetyczne. Nie miałem wielkiego problemu nigdy z przyjmowaniem żeli w trakcie wyścigu, chociaż gdzieś już w pierwszej połowie sezonu zauważyłem, że od Enduro Nutrenda zaczyna mnie mdlić i po prostu żołądek przestał je tolerować. W gronie zawodników drużyny dużo osób jeździło na żelach Sponsera, więc postanowiłem spróbować. I powiem szczerze, że to było naprawdę pozytywne odkrycie 🙂 Nie dość, że od strony tolerancji przez żołądek wszystko w porządku… to dodatkowo naprawdę mają kopa. Przypływ energii jest zauważalny i utrzymanie “w gazie” do godziny na jednym żelu bezproblemowe. Łykam połówkę mniej więcej co 20 minut jazdy. Mówię tu o żelu Liquid Energy z BCAA. Ten z kofeiną, czyli wersja PLUS, na koniec wyścigu daje jeszcze większego kopa i naprawdę człowiek potrafi odżyć i powrócić z bardzo dalekiej podróży za bombą 🙂

Ekwipunek
Tu jeszcze trzeba wspomnieć o jednym moim bardzo ważnym odkryciu. W zasadzie nic wielkiego, niby człowiek wielbłądem nie jest, ale odkryłem… Camelbaka 🙂

camelbak_rogue_black_hydration_packKiedyś już próbowałem startować z plecaczkiem na plecach i rurką w ustach. Coś poszło nie tak. Kupiłem jakiś sprzęt (nie pamiętam jaki), nie sprawdził się. Pamiętam moją męczarnię, gdy jadąc w upale próbowałem ciągnąc izotonik przez rurkę, a on nie chciał prawie płynąć. Coś było nie tak, zła konstrukcja zaworka, za mały przepływ, nie wiem. Faktem jest że nie mogłem się nawodnić odpowiednio i naprawdę to była trauma, gdy spragniony próbowałem napełnić usta płynem, a on nie chciał lecieć tak wartko, żeby się naprawdę napić. Więcej energii kosztowało mnie to ssanie, niż kręcenie pedałami. Po wyścigu orzekłem, że ten ekwipunek do niczego się nie nadaje i zacząłem jeździć wyścigi na dwa bidony.
No ale nadszedł czas bardziej ambitnych i dłuższych zawodów. Jak pojechać 4 czy 5 godzin na dwa bidony? Lubię liczyć na siebie i nie nastawiam się na czyjąś pomoc na trasie, czy tankowanie na bufetach. W rozmowach powróciła więc koncepcja Camelbaka… ale prawdziwego, firmowego, jak to się mówi “oryginalnego” Camelbaka, a nie produktu go przypominającego z innym logo. Zainwestowałem, kupiłem, pojechałem… i odkrycie. To działa! Naprawdę jest to dobry produkt, z którym nie miałem żadnych problemów jak wcześniej. Zaworek działa bez zarzutu, można zatankować izotonik do gęby wręcz po uszy. I przejechać bez problemu na dwóch litrach te 4 czy 5 godzin wyścigu.

DSC01681W zasadzie po tym odkryciu z Camelbakiem w trakcie sezonu na wyścigach już się nie rozstawałem. Nawet na tych dwu-godzinnych. Wolne ręce, możliwość picia w każdej sytuacji, bez czekania na prosty i równy odcinek trasy, bez odrywania dłuższego ręki od kierownicy. Bez szukania bidonu pod ramą i później wejścia do koszyka. Bez gubienia po drodze, bez uwalanego błotem ustnika. Camelbak stał się stałym ekwipunkiem na każdych zawodach.
I nie tylko na zawodach. Odkryłem jeszcze jego przydatność w warunkach zimowych. Przy temperaturach około zera, gdy nawet w bidonie termicznym po godzinie izotonik jest już chłodny, Camelbak okazał się dobrym rozwiązaniem. Tankuję do niego litr lub dwa izo na dłuzsza jazdę, ładuję na plecy, na pierwszą warstwę odzieży. Na to idzie dopiero kurtka, która w moim wypadku ma wystarczający luz aby niewielki plecaczek pomieścić. Bukłak umieszczony pomiędzy ciałem a kurtką jedzie sobie ze mną, w sprzyjających warunkach termicznych, otrzymując wystarczającą ilość ciepła, by izotonik był cały czas w temperaturze “odpowiedniej”. Rureczka jest też pod spodem, zaworek gdzieś pomiędzy szyją a kołnierzem kurtki i buffem. Tylko pierwszy łyk jest chłodny, dalej płynie do ust już całkiem ciepły płyn. Sprawdzone i przetestowane przy temperaturze minus 15 stopni 🙂

Odzież
Co do zimy to jeszcze jedno dobre odkrycie. A w zasadzie okrycie. Głowy 🙂
Kupiłem trochę Rapha. Ciuchy jak ciuchy. Premium to na pewno jest, ale tak w zasadzie, spodenki to są tylko następne spodenki (co prawda z super wkładką), koszulka to jest nadal koszulka (chociaż w fajnych kolorach i z napisem Rapha oczywiście). Tutaj większą rolę gra marketing, lans i ten feel, gdy w tym jedziesz. No i na zdjęciach dobrze wygląda. A nadal jedziesz tak samo 🙂
Natomiast największym pozytywnym zaskoczeniem w całej tej mojej garderobie od Raphy była czapeczka zimowa 🙂

VIRB0297Jeżdżę na jesieni, jeżdżę w zimę i na wiosnę. Gdy temperatury spadają poniżej 10 stopni, a często i grubo poniżej zera. W takiej sytuacji były zawsze jakieś czapeczki pod kask, jakieś kominiarki. Aż nałożyłem na głowę produkt Rapha.
Świetny materiał, nauszniki, niski daszek. W głowę ciepło. Ale nie tylko. Przede wszystkim sucho. Zawsze z takimi czapeczkami czy kominiarkami w których jeździłem problem przy plusie był taki, że głowa i włosy były mokre. Poniżej zera z reguły za zimo i nawet dwie warstwy na głowę szły. Ciężko było regulować w ten sposób komfort termiczny bańki pod kaskiem. Z tą czapeczką jest inaczej. Bardzo dobrze oddycha. Gdy jest cieplej, nie pocę się pod nią. Gdy jest zimniej, jest cały czas ciepło. Nauszniki doskonale chronią uszy, a niski daszek zatoki przed zimnym, czołowym wiatrem. Rewelacyjny produkt! 🙂 Nie rozstaję się z nim od listopada 😛

IMG_24688-630x420Jest tylko jedna uwaga. Rozmiar jest uniwersalny. I dość mały. Niestety znam przypadki, że czapeczkę kupiła osoba większa, która ma też większy obwód głowy. Wtedy czapka nie wejdzie, albo wejdzie na wcisk. A nie jest wygodna, za bardzo uciska głowę. Także to jest produkt tylko dla tych, których bańka w obwodzie nie przekracza średniego rozmiaru, czyli około 58 cm. Dla większych niestety nie będzie wygodna i komfortowa.




 

Gadżet
Jak na prawdziwego gadżeciarza przystało nie mogłem oczywiście zapomnieć i o tym typie 😉
Był ze mną przez cały sezon. Zadomowił się na kierownicy. Dzięki niemu blog i fnapage uzyskuje lepszy wymiar wizualny.

Garmin-CSR-Digital-Camera-Processor

Garmin Virb. Tak, kamera sportowa, która dla mnie okazała się sprzętem kompletnym i na razie nie zastępowalnym. Razem ze świetnymi mocowaniami: pod Edgem, pod kierownicą i pod siodełkiem, a także z pilotem, tworzy naprawdę fajne urządzenie do rejestrowania tego co się wokoło dzieje i przede wszystkim cykania dobrej jakości zdjęć (lub nagrywania filmów). Tak, wiem że w jeżdżeniu nie to jest najważniejsze. Ale już w przekazywaniu wrażeń (co widać m.in. po wielu blogach), nakręcaniu całej kolarskiej ferajny i zatrzymywaniu wspomnień, jest gadżetem bardzo przydatnym. Niezawodność, funkcjonalność wytrzymałość. Tak się z nim zżyłem, że stał się nieodłącznym towarzyszem każdego treningu i wyjazdu. Tylko bateria mogłaby trzymać dłużej 😀
Virb wygrywa też w kategorii największego zainteresowania i najczęściej zadawanego pytania. Bo kwestia “czym cykasz fotki?” pojawia się na fejsie czy też blogu cały czas na okrągło 🙂

DCIM104GOPRO