… czyli wakacje podczas których kręcisz się w pocie czoła pomiędzy dwoma pedałami 🙂

Po prawie trzech tygodniach od powrotu czas na małe podsumowanie. Dlaczego dopiero teraz? Bo będąc tam całkowicie wyłączam się z życia zawodowego. I wracając do rzeczywistości to życie zawodowe dopada mnie w sposób bardzo bolesny. Setki maili w skrzynce (a jakże, wszystkie najważniejsze i pilne!), dziesiątki papierów na biurku, wiele pilnych spraw do załatwienia i telefonów do wykonania. Taki lajf…


Cabo de San Antonio

A może by tak to wszystko pier… nąć i wyjechać do Sierra Nevada?? – kołacze się w głowie 😛

Na szczęście lubię swoje życie takie, jakim jest i nawet powrót do tego kieratu, swojej roboty, swoich ludzi jest w tym całym zamieszaniu zawsze czymś pozytywnym. Bo i jest rodzina, kobieta, uczucie, tęsknota, wszystkie wielkie i także te małe rzeczy, które pozwalają wrócić do rzeczywistości.

Ale wracając do sedna. Zgrupka Calpe AD 2016. Jaka była, co się zdarzyło, jak to wszystko podsumować?

Liczbami? Proszę bardzo 🙂

To takie najpopularniejsze podsumowanie tego rodzaju wyryp, choć nie wiele mówiące o jakości wspomnień, doznań, przeżyć, intensywności treningów czy też tego czynnika, który idzie w nogi.


Cisnę, w tle Penon de Ifach

Przekręcone: 1.081 kilometrów

W górę: 18.400 metrów

W siodle: 44 godziny i 58 minut

Waga: dwa kilo do przodu 😛

Własnie, wszystkim się wydaje, że to świetny wytop. Nie wiem, może dwa tygodnie to za mało na wytop, ale wszystkie cztery zgrupki kończyły się dodatkowymi kilogramami na wskaźniku wagi. Życie w rytmie RESR rządzi się swoimi prawami 🙂 Dużo się jeździ, dużo się spala, ale ssanie potem jest przeokrutne i po prostu człowiek wrzuca w siebie niewyobrażalne ilości żarcia.

Rano odpowiednia dawka owsianki, omletów, jajek, tostów z dżemem, kawy… bo przecież na czymś trzeba przejechać te cztery godziny. Spali się…

Po powrocie kopa makaronu, ryżu lub fura ziemniaków z dodatkami. Wcinać trzeba, bo człek głodny i tyle się spaliło…

Po dwóch godzinach już nic nie ma w żołądku i znów ssie. Idzie w ruch lodówka, kolacja, pizza, lody, El Kartono. Ilość wina i piwa wypita wieczorami nie przystoi sportowcom 🙂 Ale co tam, spali się jutro…

I tak przez kilkanaście dni. Bilans energetyczny tego popuszczenia pasa jak widać na wadze wcale nie wychodzi in minus, nie wychodzi nawet na zero. No nic, w sezonie się spali… 😉


Gdzieś na Orbę

Pogoda w tym roku była dużo lepsza niż ostatnio. Dużo lepsza nie oznacza niestety, że idealna. Rok temu w marcu wpadliśmy w jakiś totalny armagedon pogodowy, że najstarsi lokalesi nie pamiętają tak brzydkiej wiosny. Lało, wiało i było po prostu zimno. Z tego wszystkiego w tym roku ubyło jednego czynnika: nie lało. Za to wiało podobnie i było tylko trochę cieplej. Na szczęście generalnie było słońce, które potrafiło czasami dogrzać wyziębione kończyny. Jeździliśmy więc więcej,  nie było częstych ucieczek przed deszczem i chmurami, nie było ubierania się jak w Sralpe. Chociaż w zasadzie cały czas w rękawkach czy nogawkach się jeździło. Czasami w kamizelce, kurtce czy owiewach. W rękawiczkach zawsze. Temperatura z reguły oscylowała w granicach 14-16 stopni. Czasami w osłoniętych od wiartu dolinach i na nasłonecznionych podjazdach było odczuwalne 20 stopni i można było opalać golenie i łapać tanlajny. Za to na zjazdach, po stronie zacienionej, można było zamarznąć, gdy odczuwalnie temperatura spadała do około 5 stopni. Ta huśtawka temperatur i warunków w ciągu dnia powodowała, że człowiek miał upchane kieszonki do granic możliwości. Bo oprócz garderoby wiadomo: jeszcze żele, batoniki, banany, telefon i inne niezbędne dodatki.


Nie było przyjemnie
W związku też z lepszą pogodą, jeśli chodzi o trasy, niezdobyte dotąd przełęcze, niezbadane drogi, to udało się w tym roku zaliczyć o wiele więcej nowych kilometrów. Przy złej pogodzie w tamtym roku kręciliśmy się głównie po płaskowyżu Pego – Oliva – Pedreguer – Denia – Gata de Gorgos – Orba. Tak żeby było widać chmury, deszcz, żeby można było wykręcić, zawrócić i uciec w odpowiednim momencie i kierunku. Zabrakło więc możliwości i czasu na dalsze wypady i eksplorację. W tym roku udało się wreszcie zaliczyć Vall d’Ebo, Castell de Castells, daleki Port de La Carrasqueta, Font Roja. Oczywiście oprócz tego stałe punkty programu calpiańskiej zgrupki, czyli Port de Tudons, czy kultowy Coll de Rates razem w wyrypą na 2.0.


Końcówka Coll de Rates 2.0

Pogoda też pozwoliła w dayoff wleźć na Penon de Ifach i podziwiać piękne widoki z zachodzącym słońcem w tle. Ostatni raz byłem tam trzy lata temu, za pierwszym moim razem w Calpe. Góra ta sama, widoki też, ale zawsze oczy i głowa się cieszy, gdy już tam na górze się znajdą. Kotów, których było na szczycie kilkadziesiąt, tylko brak… gdzieś znikły.


:)

Plan treningowy jak co roku wykonany tylko w jakimś stopniu. Nie da się tu usiedzieć na miejscu i nie da się zawsze spokojnie wysiedzieć w siodle. Przekraczanie założonej objętości i intensywności jest na porządku dziennym. Chociaż mam wrażenie, że się uspokoiłem. I ludzie też jakby bardziej rozważni, z większą pokorą podchodzący do tego, co ich w górach czeka. Może czytali Calpe – zanim polecisz… poczytaj 😛 Jeśli tak było i dzięki moim poradom, udało uniknąć się kilku bomb na trasie, to jestem szczęśliwy 🙂 W zasadzie to zrobiłem tylko jeden w pełni specyficzny i konkretny trening, na którym przeorałem kilka razy Benissę. Resztę zaplanowanych treningów wplatałem w normalne jazdy w grupie z kumplami i to jest według mnie najlepsza opcja. Plan planem, ale dostosować zawsze się jakoś można. Kwestia rozsądku i delikatnego wyluzowania. Czasami robisz coś dłużej, czasami mocniej. Niekiedy lżej i krócej. Bilans w zasadzie wychodzi na zero. Takie podejście według mnie najlepiej wychodzi podczas takiego obozu treningowego. Nie jeździsz sam, nie robisz tylko swoich interwałów, bez oglądania się na resztę. Plan wykonujesz w 70%, ale objętościowo w 120%. I o to chodzi 😉


Podjazd na Port de La Carrasqueta
Organizacja całego wjazdu w tym roku też była inna. Wróciłem do starego sprawdzonego sposobu, żeby zdać się na innych 🙂 W zeszłym roku własna organizacja jak najbardziej się sprawdziła. Wiedziałem natomiast, że w tym roku nie będę miał na to czasu. Szukałem rozwiązań szybko, już w listopadzie podjąłem decyzję i postanowiłem polecieć do Calpe po raz trzeci z TrainWithWatts.com I jestem jak najbardziej zadowolony, że znów zdałem się na profesjonalistów 🙂


Grupa

Transport rowerów do/z Hiszpanii, transfer z/na lotnisko, opieka i obsługa na miejscu, fotograf i wóz na trasie przy wspólnych wypadach (w bagażniku cola, banany, croissanty). Serwis roweru, masaże, gotowe żarcie po przyjeździe z trasy. To wszytko bonusy, dodatkowe składowe, które mają znaczenie. Oczywiście trzeba za nie dodatkowo zapłacić, bo przy własnej organizacji wypad do Hiszpanii kosztuje mniej. Ale czy zasadniczo mniej? Dwa tygodnie to różnica w kosztach na poziomie 1000 – 1500 złotych. Natomiast dużo spraw z głowy, mniej komplikacji, lepszy zdecydowanie jakościowo pobyt.


Na pedałach

Do tego doświadczenie ludzi, którzy są z tobą, nie jedno widzieli, nie jednego doświadczyli i przeżyli. Mają wiedzę nie tylko teoretyczną, ale także praktyczną. Fajne dodatkowe analizy po treningowe i szkolenia. Filmy ze zjazdów, analizowanie techniki, podpowiedzi i nauka kolarskich podstaw. Na przykład stójka 🙂 Człowiek niby dojeżdża do świateł, coś tam próbuje, ale najczęściej się wypina. Tu Artur zebrał kilkoro chętnych (w tym mnie) pod wieczór i pokazał o co kaman. Pół godziny kręcenia się po deptaku pod jego nadzorem i z podpowiedziami, kilkadziesiąt prób… i na koniec zaczęło wychodzić 🙂 Dziś przy każdej okazji próbuję technikę stójki szlifować i robić to prawidłowo.


Cafe Ciclista - kawiarenka kolarska w Denii

No i większa zdecydowanie grupa ludzi. Pełno starych ziomków, których znasz już od kilku lat, jeszcze z czasów pierwszej zgrupki. Także tych z drugiej i trzeciej nie było wcale mniej. I sporo nowo poznanych osób, zawartych przyjaźni. Godziny rozmów, wymiany doświadczeń, dyskusji. Wspólne jazdy w większej grupie. Rywalizacja i zdobywanie przełęczy, łapanie KOMów, ale i współpraca. Zbiórki pod Hipocampos, na które potrafi przyjechać kilkudziesięciu Polaków. I wspólne ustalanie tras i planów na następne dni.


Oh yeah!
To wszystko tworzy niesamowitą atmosferę zgrupki. I sprawia, że wiem, że jestem pewien, iż w następnym roku znów się na zgrupkę wybiorę. Calpe ciągnie mnie niesamowicie, chociaż z drugiej strony powoli mam już ochotę na coś innego i nowego. Plusem jest znany i wspaniały teren, znajomość realiów, ludzie i przetarte ścieżki. Minusem… któraś już tam niezliczona czasówka pod stojące cały czas w tym samym miejscu Coll de Rates 🙂 Ale czy na pewno to minus? Muszę się nad tym zastanowić przez najbliższe miesiące 😀

 

Zapraszam do pełnej galerii zdjęć z #CalpeTrainingCamp2016 na Flickr, gdzie wrzuciłem ponad 150 najlepszych moim zdaniem zdjęć z tej zgrupki 🙂


Tarmac i góry

A na koniec jeszcze filmik (na razie jedyny jaki powstał) z tegorocznej zgrupki. Polecam włączyć w HD. Enjoy!