Wcale nie tak rzadko się zdarza, że w naszych przygotowaniach do sezonu, w drodze do celu, spotykamy jakieś przeszkody. Mniejsze lub większe. Przeszkodą może być brak motywacji, ale to w miarę łatwo zwalczyć i wrócić do równowagi. Gorzej gdy przytrafi się kontuzja lub wypadek, który kończy się nieszczęśliwie i wyłącza nas z przygotowań na długie tygodnie a nawet miesiące.

Przypadki, pech, nieszczęścia, na które nie mamy wpływu bolą i jak to się mówi, siadają na psychę. Trenujemy, planujemy sezon, zaciskamy zęby, motywujemy się, walczymy ze swoimi słabościami a tu… bach! I wszystko rozpada się jak domek z kart. Widziałem kilka takich przypadków, aktualnie też mam kumpla który wylądował w szpitalu i jest po operacji. Pozostaje życzyć szybkiego powrotu do zdrowia i na rower!

Na szczęście nic takiego do tej pory mi się nie przytrafiło, pech mnie omijał. I oby jak najdłużej! Chociaż czasami zdarza się coś nieprzewidzianego, co zakłóca przygotowania i budzi niepokój. Przeziębienie, choroba, drobne urazy. W tym sezonie dopadło mnie coś, z czym nie miałem do czynienia przez kilka ostatnich lat.

Skurcze…

VIRB0756

Tak naprawdę to nie pamiętam kiedy ostatni raz miałem z nimi do czynienia. Na pewno nie miałem skurczy, jak zacząłem startować, więc przynajmniej od 2010. Nigdy mnie żaden nie złapał na zawodach czy treningu. Często na trasach, szczególnie ciężkich maratonów, można spotkać zawodników, których skurcz trafił. Leżących, rozciągających mięsień, kuśtykających, klnących, często wręcz płaczących z bólu. Mnie takie sensacje omijały, chociaż wiem co to za ból. Pamiętam, jak wiele lat temu skurcz potrafił mnie złapać w nocy i wybudzić boleśnie ze snu. Jak potrafił chwycić w najmniej oczekiwanym momencie. Nie trzeba było wysiłku i roweru, skurcze się po prostu zdarzały. Słowo klucz w tym wypadku to: suplementacja. Witaminy, mikroelementy, a przede wszystkim magnez. Łykane stale od kilku lat spowodowały, że bolesne skurcze ustąpiły i nie miałem z nimi nigdy żadnego problemu.

Aż do teraz.

Dwa tygodnie temu, mocniejszy trening. Pięć trzy-minutowych interwałów w VO2max. Po ostatnim, już podczas jazdy na luzie, chwyta mnie lekki skurcz w lewej łydce. Zdziwienie, strach… rozluźnienie mięśni i puszcza. Co to było, zadaję sobie pytanie? Po kilku minutach luźnego kręcenia przechodzę do 10-minutowego interwału LT. Mniej więcej w połowie strzał… Potężny skurcz tym razem prawej łydki. Taki który paraliżuje i prawie zrzuca z roweru. Puszczam korby, prawie staję w miejscu. Naciągam mięsień, luzuje. Skurcz puszcza, ale czuję ten zbity kłębek mięśni gdzieś w środku. Ledwo jadę.

Na spokojnie jakoś rozjeżdżam nogę i dojeżdżam do domu. Tam niestety ciąg dalszy, czyli akt drugi. Rozciąganie, kąpiel, nogi do góry. Po kilku minutach nakładam skarpety kompresyjne. W czasie naciągania chwyta mnie, tym razem za lewą stopę, wykręca boleśnie palce.

VIRB0776

Co się dzieje? Dlaczego, o co chodzi? Tyle lat bez problemów a tu na progu sezonu pojawia się poważny, zaskakujący i nie chciany problem.

Ciąg dalszy…

Podchodzę do pierwszego startu w sezonie – Mazury MTB w Mrągowie, z dużą rezerwą i wręcz obawą. Co będzie jeśli mnie skurcze zaczną łapać na trasie? Ze wstępnych zapowiedzi wynika, że trasa będzie ciężka, interwałowa, techniczna. Że nie będzie to szutrowy spacerek. I nie był. Zjechałem się jak koń po westernie… a moja relacja z tego wyścigu jest w tym wpisie.

Na początku drugiej rundy zaczęły mnie łapać skurcze. W zasadzie, to zacząłem wyczuwać te stany przedskurczowe, gdzie coś zaczyna kluć i chwytać za mięsień. Musiałem odpuszczać, chroniąc się przed poważniejszym problemem. I tak w zasadzie do końca z rezerwą jechałem. Jak był sztywniejszy podjazd, to starałem się go mielić na miękko, z mniejsza mocą. Na prostych odpoczywałem i gdy zaczynało odchodzić, delikatnie dociskałem. Ogólnie nie było dobrze i już wiedziałem, że naprawdę mam problem i ten pierwszy wypadek na treningu nie był jedyny i przypadkowy.

W mięśniach cały czas to nieprzyjemne uczucie, jakby wspomnienie skurczów. Gdzieś to w mięśniu siedzi, delikatnie się odzywa, daje o sobie znać. Bardzo nieprzyjemny stan.

Ciąg dalszy…

W ostatnią sobotę zadanie. Test na FTP, 30 minut jazdy na maksa. Sprawdzenie nogi po obozie treningowym w Hiszpanii i ewentualnie wyznaczenie nowych stref treningowych. Zadaję sobie pytanie, czy dam radę. Minął tydzień od Mrągowa, suplementuję się cały czas w sposób intensywny (o tym jeszcze później). Czy skurcze odejdą i dadzą mi zrobić test w sposób niezakłócony? Jestem dobrej myśli.

VIRB0454

Zadowolony po teście na Coll de Rates

Jak to zwykle bywa w podobnej sytuacji przed testem, szacuję i przewiduję jak powinienem pojechać. Po takiej dawce treningu jak w Calpe, dobrze przepracowanych dwóch tygodniach, zysk powinien być widoczny i trochę tych watów trzeba by było dołożyć. Na Coll de Rates zrobiłem życiówkę, jeśli chodzi o start i całkiem przyzwoity wynik, jeśli chodzi o wygenerowaną moc: 275W (4,1 W/kg). Założyłem, że w teście 30 minutowym powinienem pojechać podobnie, a nawet trochę mocniej. I pojechałem… pierwsze pięć minut. Nie miałem tego dnia aż tak mocnej nogi. Przyjąłem złe założenia i zacząłem jednak za mocno. Pierwsze pięć minut na średniej 287W… powinienem jednak być mądrzejszy. Człowiek cały czas zdobywa doświadczenie, cały czas się uczy. Po 10 minutach już zjechałem do 275W i wiedziałem, że takiej mocy do końca na pewno nie utrzymam. Co gorsza około 12 minuty… zaczęły się skurcze. Delikatnie mięsień zaczął się odzywać, sygnalizując stan przedskurczowy. Musiałem delikatnie odpuścić, podobnie jak w Mrągowie. Później to już tylko myślałem, żeby dojechać do końca… a po następnych pięciu minutach, żeby tylko dotrwać do 20 minuty testu i go skończyć. Dotrwałem, ale skończyło się na wyniku gorszym niż miesiąc wcześniej: 265W.

Następna nauka i doświadczenie za mną. Tyle razy zwracałem uwagę, pisałem, żeby testów nie zaczynać za mocno, a sam popełniłem ten błąd. Przeszacowałem swoje możliwości, swoje dodały skurcze na koniec. Nie podejrzewam, że bez nich pojechałbym o wiele mocniej. Może skończyłoby się na 270W. Raczej nie więcej. Zbyt mocny początek załatwił mi szybki koniec i niezadowalający wynik testu. Potwierdza się, że lepiej początek zacząć lżej, a później ewentualnie dodawać mocy, mając jeszcze rezerwę. Biorąc pod uwagę wynik testu na podjeździe, w odniesieniu do moich przewidywań, też nie wziąłem pod uwagę faktu, że to jednak inny teren. Że łatwiej jest wygenerować wyższą moc, jadąc równo na podjeździe, niż jadąc w terenie pofałdowanym. Zawsze tu będą straty i większe wahania, które wpływają na niższą średnią.

VIRB0595

Małe P-R na sobotnim treningu…

No i sss… kurcze. Analiza sytuacji…

Skąd nagle mój problem i skurcze, z którymi do czynienia nie miałem od kilku dobrych lat? Jak wyżej napisałem, biorę witaminy i minerały stale od dawna. Lecąc do Calpe… zapomniałem ich zapakować. Byłem pewien, że blistry wkładałem do torby. Przewaliłem wszystkie, plus karton od roweru (a może to tam wrzuciłem?) i niestety nie znalazłem. Pomyślałem: cóż, wytrzymam dwa tygodnie bez suplementów, nic się przecież nie stanie. Nie wiem czy to możliwe, ale jednak chyba coś się stało. Być może organizm przyzwyczajony do stałego zasilania suplementami, w ogóle stracił zdolność samodzielnego ich pozyskiwania w odpowiednich ilościach z innych, naturalnych źródeł (a odżywiam się w tej kwestii dobrze). Być może nałożyła się na to duża ilość pitych kaw. Uwielbiam kawę, jej smak i zapach. Czasami zdarza mi się wypijać cztery dziennie. W zasadzie zdarzało się, bo teraz ograniczam się do góra dwóch dziennie. A może to pite litrami El Cartono zadziałało w ten sposób 😉

Pytanie pozostaje otwarte i bez odpowiedzi. Ale innej głównej przyczyny nie widzę. Suplementacja, a w zasadzie dwutygodniowa w niej przerwa.

Teraz oprócz powrotu do codziennej, po-śniadaniowej suplementacji, dodatkowo wieczorem biorę dodatkową dawkę dzienną magnezu, aby odbudować jego odpowiedni poziom. Wypijam przynajmniej jedną dużą butelkę (1,5l) Muszynianki magnezowo-wapniowej dziennie, której niestety w Calpe, z wiadomych względów, także nie piłem (a jestem w tej kwestii takż enałogowcem od dłuższego czasu). Zaprzyjaźniłem się też za namową współlokatorów z Hipocampos i trenera do rollera. Początki są trudne i to taka na razie “przyjemność przez łzy”, ale powoli nogi i mięśnie się do niego przyzwyczajają. Czy to wszystko przyniesie pozytywny skutek i kiedy, czy to tylko przejściowy kryzys, okaże się już podczas najbliższego mojego startu. Na Maratonie Kresowym w Wasilkowie w najbliższą sobotę. To w zasadzie mój “domowy” wyścig. Dobrze by było odpowiednio wypaść na inaugurację, a nie zwijać się z bólu przez skurcze 😉

VIRB0792

Po sobotniem teście, zadowolenia… brak