Desktop 2016-04-24 16-00-14-567W związku z zapowiedziami pogodowymi dla południowej Belgii i ich niesamowitą zbieżnością z prognozami dla północno-wschodniej Polski, postanowiłem w geście solidarności z zawodowcami trochę kilometrów przekręcić 😛 Tam miało być wręcz zimowo, bo zimno i nawet śnieżnie. U nas bez zapowiedzi śniegu na szczęście, ale także zimno, z deszczem i wietrznie.

Liege-Bastogne-Liege rzeczywiście wyglądał momentami zimowo. Śnieg na zmianę sypał wielkimi płatami, potrafił zacinać małymi, zmieniać się w śnieg z deszczem, po czym odpuszczać całkowicie i ustąpić miejsca słońcu. Niezła mieszanka pogodowa, kwiecień-plecień… 😛

Na Podlasiu padało nad ranem, wiec z wyjazdem się nie śpieszyłem. Obliczyłem, że jak wyjadę około 11-stej na trzy godziny, to akurat na transmisję wrócę. Po 9-tej rzeczywiście przestało padać, na radarze znikły chmury deszczowe, przesuszyło się. Zgodnie więc z założeniem zaraz po 11-stej jestem już na rowerze. Z domowego termometru, który przed wyjazdem pokazywał 9 stopni, na Garminie pozostało ledwo 5. I na takim poziomie też miałem odczucie (nie)komfortu termicznego 😛


Na Krynki

Początkowo jeszcze było znośnie. Nie wiało za mocno, sucho. Niestety od Wasilkowa zaczęło kropić. Tego dnia poznałem chyba wszelkie możliwe odmiany lekkiego deszczu. Kropiło, mżyło, siąpiło, momentami siekło zimnymi igiełkami po twarzy. Ani na moment ten deszczyk nie zmienił się w coś większego, żeby wciągać na grzbiet kurtkę przeciwdeszczową. Ot po prostu przeszkadzał… i moczył szosę. Mokra szosa oznacza uwalony rower, uwalone ochraniacze na butach, mokre nogi do kolan, mokrą dupę (mimo ass severa). Mimo wszystko jechało mi się całkiem… dobrze 🙂 Noga całkiem niezła, w miarę świeża po regen tygodniu. Od Supraśla do Krynek wiatr w plecy, więc po prostu… zapierdalałem 😛 Dawało to ten efekt, że ciepło było, a i momentami miałem wrażenie że wręcz schnę.

Na Szudziałowo

Z biegiem czasu i kilometrów siąpiło coraz mniej. Po dwóch godzinach, za Kamionką szosa wręcz zrobiła się sucha… Dla odmiany musiałem zacząć kręcić pod wiatr. Po kolarsku, raz z wiatrem, zaraz pod wiatr…

Minąłem i spotkałem na trasie dość dużo kolarzy. Za Nowodworcami jakiegoś całkiem nowego gościa, który w tym roku wskoczył na szosę. Za Supraślem dogoniłem znajomka z Kresowych. Pod Kopną Góra wyminąłem się z Loczkiem i jeszcze jednym szosowcem. Mijałem go później jeszcze raz pod Czarną. Robiliśmy w przybliżeniu ta samą trasę, ale w odwrotnym kierunku. Ja miałem z wiatrem na Krynki, od pod wiatr. Pod Czarną sytuacja się odwróciła, on gnał z wiatrem, ja cisnąłem w pedały walcząc z wiatrem. Jak na aurę tych kolarskich spotkań w tą niedzielę było dużo.
Na górce przed Kamionką

A daleko jej było do perfekcyjnej, kolarskiej niedzieli. Dla mnie zawsze oznacza to dużą dawkę jazdy w dobrych warunkach, plus wyścig po powrocie w TV. Coś ta nasza wiosna się rozkręcić na razie nie umie, więc na razie aura nie rozpieszcza. Trzy godziny przemęczone. Żadnym pocieszeniem było, że zawodowcy mają jeszcze gorzej. To, co momentami działo się na ekranie telewizora podczas L-B-L przypominało o tym, jak pogoda potrafi być złośliwa. Kwiato na szczęście tym razem to przetrwał, nawet atakował i miał mały odjazd, chociaż skończyło się tylko na tej próbie. Gorzej z Majką, który gdzieś się zaplątał i poobijał. Miejmy nadzieję, że niegroźnie i nic złego się nie stało (na razie brak szczegółowych informacji z obozu Tinkoff). Wygrał Wout Poels (nominalnie pomocnik Michała w Sky), co jest następną niespodzianką tej wiosny. Wcześniej dużo radości dał jeszcze Przemek Niemiec, wygrywając pierwszy etap Tour of Turkey, po samotnym odjeździe solo 😀

Niedziela według kolarskiego schematu zaliczona, chociaż daleko jej było do tej perfekcji, której człowiek chciałby zaznać 🙂


Doganiam za Supraślem