Z reguły boli rzeczywiście tylko trochę. W całej euforii startu, wyścigu, wyrzutu endorfin i adrenaliny, ten ból gdzieś ginie. Czasami jednak małe bóle składają się w jeden skumulowany ból. Wtedy już nie boli tylko trochę, boli naprawdę mocno.

Cyklokarpaty Kluszkowce. Zabolały mocno. Oj, bardzo mocno. Myślę, że większość startujących na długo zapamięta ten maraton. W opinii ludzi, z którymi rozmawiałem na mecie, był to jeden z najtrudniejszych i najbardziej morderczych maratonów w jakich brali udział. Ja powiem szczerze, szukam w pamięci lokacji i maratonu, w którym zjechałem się podobnie… i nie znajduję. Mogę więc tylko podzielić to zdanie 🙂

Tutaj suma tego co boli tylko trochę na każdym maratonie, złożyła się w jeden wielki ból. Zapewne jestem masochistą, inaczej być nie może, bo… uwielbiam ten ból 🙂 Uwielbiam ten wysiłek i walkę ze sobą, ze swoim ciałem, swoją głową i uwielbiam na koniec to uczucie zwycięstwa. Każdy kto skończył ten maraton, nieważne czy Mega, czy Giga, jest zwycięzcą. Organizator podniósł poziom trudności terasy do poziomu osiąganego wcześniej tylko przez GG na swoich wyrypach. Ale zrobił to w sposób tak umiejętny… że chce się jeszcze! 🙂

13198509_1220284557981717_8213045564696103118_o

Trasa w porównaniu do zeszłego sezonu i jakby nie było Pucharu Polski, który był tu rozgrywany, była o wiele trudniejsza. Kilometrów kilka mniej, ale za to jakież one były treściwe! Było wszystko. Epickie, długie, ciężkie podjazdy. Szybkie i zdradliwe zjazdy, a także te techniczne, na których nie jeden się wyłożył i poczuł prawdziwy, fizyczny ból. Zjazdy w wąwozach, po kamieniach, spływających wśród nich strumieniach wody, po korzeniach, gałęziach z wycinek. Po błocie i po szutrze. Oczywiście zdarzyły się i asfalty. W tamtym roku było ich w nadmiarze. W tym zostały wycięte dość znacznie. To co zostało było wręcz zbawienne i oczekiwane, bo dawało choć trochę oddechu i odpoczynku. Płaska szutrowo-asfaltowa sekcja wzdłuż rzeki, w środkowym odcinku maratonu, też była zbawienna dla ciała i duszy. W tym roku to nie przeszkadzało, było niezbędnym i oczekiwanym przerywnikiem od tych powolnych i mozolnych metrów w pionie, a także długich, ciężkich, technicznych i wykańczających zjazdów w dół. Urządzenia wszystkich, których obserwuję, zliczyły ponad 3 tys. metrów przewyższenia, mój Garmin 3.200 i inne “wyniki” były podobne. Coś organizator trochę “zaniżył” w zapowiedziach ten wynik 😉 W tym wypadku odczyty 90% urządzeń raczej nie mogą się mylić, a i odczucia w nogach potwierdzają że były to ponad 3 tysie up! Najpoważniejsza górska wyrypa, jaką zaliczyłem 🙂

Trasa z tamtego roku jest przy aktualnej spacerkiem i tak ją z perspektywy czasu wspominam. Przy dłuższym dystansie 2950 metrów przewyższenia i czas 4:54h. W tym roku plan także był zmieścić się w pięciu godzinach… nierealny i nie osiągnięty 😛 5:29, ponad pół godziny dłużej! Przy o wiele lepszych czasach na poszczególnych segmentach, większej mocy, lepszej jeździe. Po prostu trasa była trudniejsza tak wytrzymałościowo, jak i technicznie. No i trzeba jasno powiedzieć, że pogoda zrobiła także swoje. Przez dwa dni wcześniej padało prawie non-stop, robiąc z i tak już trudnego terenu… teren arcytrudny. Kumulując to wszystko… naprawdę bolało 🙂

13221153_1220264874650352_1262149310070920198_o

Początek o dziwo miałem tym razem całkiem dobry. Może dlatego, że było sporo wymuszonego odpoczynku. Czwartek i piątek lekkie, godzinne treningi. W sobotę po przyjeździe w Kluszkowcach lało, więc nie zdecydowaliśmy się na rozjazd. Była pizza, było piwo, były chłopskie rozmowy 🙂  Noga więc świeża, chociaż drewniana. Rozkręciła się za to dość szybko i zacząłem wojować na trasie. Cyklokarpaty odwróciły ją w stosunku do zeszłego roku, zmieniły miejsce startu, co także według mnie wyszło na plus. Spokojniejszy (powinno być w cudzysłowie) początek, sekcje trochę łatwiejsze, takie na rozpędzenie się, miłe “falowanie” do góry przez pierwsze półtorej godziny. Jedzie mi się dobrze, doganiam i przeganiam. 13227067_588401244656362_6923717339773186742_nPóźniej jeszcze Czarny Szlak i Zarębek Wyżni, zjazd do Łopusznej i płaska, szybka sekcja nad rzeką. Mija druga godzina wyścigu, pokonane 40 kilometrów… i zaczynają się schody. Podjazd ze Szlembarku na Kotelnicę to już nie przelewki. Prawie 6 km, 400 metrów w górę i ponad pół godziny mozolnego kręcenia. Zjazd do Ochotnicy daje trochę odpoczynku, ale później zaczyna się Gorc. Dla “odmiany” 8,5 km, wspinaczka na prawie 1200 mnpm, 600 metrów przewyższenia i kręcenia jak dla mnie 45 minut. W tym miejscu, po 60 kilometrach maratonu i ponad trzech i pół godzinach jazdy, zawody mogłyby się spokojnie już zakończyć. I tak byłbym nasycony 🙂 Ale nie, organizator zafundował nam tego dnia o wiele więcej. Do bólu fizycznego, który już nijak nie chciał się zmieścić w definicji “trochę boli”, dołożył następną cegiełkę bólu psychicznego. A pogoda także dołożyła swoje. Na starcie było około 12 stopni. W czasie maratonu temperatura zaczęła spadać. W połączeniu z jazdą po wodzie, kałużach, zjazdach na pełnej prędkości w strumieniach, przemoczonymi butami, mokrymi już stopami i generalnie przemoczonym strojem… organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa. Na zjazdach zaczęło mną telepać. Zmarznięte członki nie współpracują za dobrze z głową i całym ciałem, koordynacja siada. I boli. Jeden błąd, drugi. Pad na lewo, pad na prawo. Obite oba biodra, łokcie i kolana. Połączenie tego wszystkiego zaczęło siadać na psychikę… kiedy już koniec?

13246304_1220284524648387_2713989948301140461_o

Tak bardzo chciałem końca, że popełniłem błąd. Bolało już nie trochę, bolało bardzo. Tak bardzo, że coś mi się wyobrażenia rozminęły z rzeczywistością. Minąłem 70 kilometr, w siodle 4:15. Kojarzyłem profil, że jeszcze jeden nieduży podjazd, kilka kilometrów zjazdu i do mety. Będzie dobrze! 🙂 Sięgam po rezerwy w postaci żelu z kofeiną. Bo zostało góra 30-40 minut jazdy, wiec moment jest odpowiedni. Sięgam też do rezerw organizmu i zaczynam podjazd z Ochotnicy Dolnej. Zaczynam mocno. Megowcy idą, podchodzą ścianki. Jadą tylko gigowcy, od razu można ich po tym poznać. Doganiam kilku i przeganiam. Podjazd jest mocno pofałdowany, ścianki przeplatane są wypłaszczeniami i mniejszymi procentami

73 km – uff, ostatnia ścianka… a nie jeszcze jedna…

74 km – no nareszcie koniec… a nie, jeszcze dalej podjazd…

75 km – to chyba wreszcie ostatni… nie?? o dzizas, daleko jeszcze???

76 km – żeby to był już ostatni… o kurwa, jak to boli!

77 km – nie kuźwa, nie dam rady… nieeee!!!

Momentami też zaczynam iść…

Ból psychiczny dołożony do wielkiego już bólu fizycznego jest nie do zniesienia. Siada mi to wszystko na psychikę i jestem wykończony. Zamiast zakładanych 40 minut do mety, przez 50 minut robię podjazd na Lubań… ponad 5,6 km i 650 metrów w pionie. Na ostatkach paliwa, z totalnym dołem, odcięty od prądu. Żel z kofeiną ma to do siebie, że jeśli weźmiesz go za wcześnie, to potrafi cię zniszczyć. Brak znajomości trasy, brak profilu przyklejonego na ramie (!), pośpiech, za wcześnie połknięty żel… prawie mnie na koniec zniszczył. Nie miałem już czym jechać. Dwóch gigowców z łatwością pod koniec mnie dogoniło i odsadziło. Na domiar złego na górze było ledwo cztery stopnie, a jak zaczął się zjazd, to Garmin zanotował stopnie trzy. Człowiek przemoczony, lekko ubrany, zimnica, odcięcie prądu… a zaczęły się najtrudniejsze technicznie zjazdy. Pięć kilometrów zjazdów do mety. Na zmianę: szybko, wolno, ślisko, kamienie, strumień, szutr, błoto, głębokie koleiny, głazy. Mokro i zimno… telepie.
13248423_1220262624650577_8907145172309345324_oNastępne błędy. Ręce odmawiają posłuszeństwa, palce już się nie chcą na klamkach zaciskać. Redukcja biegu i wciśnięcie manetki to katorga. Stać już człowiek na nogach nie może, siedzieć zresztą na dupie też nie. Na szczęście zauważam, że zjazdy idą mi bardzo dobrze, szybko, pewnie. Rower świetnie się prowadzi (krótszy mostek po BGFittingu!), ja mam coraz więcej doświadczenia i pewności na zjazdach. Bawię się z tym na koniec, bo wiem że to wreszcie meta i psychika trochę luzuje. Może za bardzo, jak to bywa w takich sytuacjach. Sekcja kanciastych, dużych kamieni. Wolno, uważnie, ale jednak do przodu. Takiego największego nie mogę już ominąć, przeskoczyć też się nie da, zaskakuje mnie. Przednie koło zapiera się w jego pionową ścianę i zaliczam klasyczne OTB. Przy niewielkiej na szczęście prędkości, ale walę głową w kasku o kamienie obok. Rozlega się tylko trzask. Chwila strachu, wstaję, podnoszę rower. Wszystko całe, ruszam rękoma, nogami… głowa trochę boli. Ale wygląda, że na szczęście nic poważnego mi się nie stało. Za mną schodzi megowiec. Pytam go czy jestem cały. Mówi, że leci mi krew spod kasku, a w zasadzie spod okularów. Oberwał łuk brwiowy. Jak się później okazało podczas wizyty w szpitalu w Nowym Targu, otrzymał jeden gustowny szew. Z tego będzie mała, seksi blizna 😉 Na razie jest wielkie limo koło lewego oka 😛

Świadomości i przytomności nie straciłem. Zjeżdżam dalej. Przed samą metą jeszcze jedna mała zmarszczka do góry. A Ja ledwo już kręcę! Ale jest, wreszcie jest. Meta!

Co to był za epicki maraton! Masakra, hardcore, mega (a w zasadzie giga) wyzwanie! I po minięciu mety co znów się okazuje? Że to wszystko co za mną boli… Ok, boli, ale tylko trochę. Bo Musi Trochę Boleć! 🙂 Ale euforia na mecie, ta adrenalina, te endorfiny, zadowolenie, spełnienie, duma (a jakże!)… to wszystko ten wielki wcześniejszy ból przyćmiewa. Tak bardzo, że spotykając na mecie Wojtka W., mogę mu tylko pogratulować świetnej trasy, maratonu i dobrej organizacji. I zadeklarować, że było tak wspaniale, że na pewno wracam tu za rok! Cholera… jestem masochistą 🙂 Nie wiem co we mnie i w ludziach mi podobnych, co w Nas wszystkich siedzi, że kochamy takie wyrypy i uwielbiamy na nie wracać. Uwielbiamy się upodlić, styrać, dostać w kość, dotknąć samego dna, zaliczyć zgon… a później się odrodzić 🙂


Patrząc na kalendarz w tym roku, już raczej żaden z organizatorów nam takiej wyrypy nie zafunduje. Tym bardziej będzie się czekać na przyszły sezon. Cyklokarpaty… tylko nie odpuszczajcie! Nie słuchajcie, że było za dużo, za mocno, za ciężko! Było epicko i niech choć jeden maraton w sezonie właśnie taki jest. Na uwalenie się i upodlenie do końca 😀

Z mojej perspektywy jest jeszcze MTB Sudety Challenge. Od strony przygotowania do etapówki, takie właśnie maratony pozwalają na przygotowanie fizyczne i psychiczne do tego, co mnie będzie czekać. Na zrozumienie, co może się stać, co jest ważne, na zdobycie doświadczenia, doszlifowanie techniki, uzyskania odporności na ból tak fizyczny, jak i psychiczny. Na przygotowanie się, że jeśli musi boleć… to na koniec będzie boleć tylko “trochę” 😉13221345_1220976267912546_3129332438115175894_o

Wynik sam w sobie ma tu mniejsze znaczenie. Chociaż jest satysfakcjonujący. Bo przyjechać na Giga 18 Open i na 4 miejscu w kategorii, to zadowolenie jest wielkie 🙂 Na dodatek po dwóch edycjach wskakuję w TOP10 całego cyklu i na 3 miejsce w M4, co nie ukrywam, napawa mnie dumą. Nie jeżdżę dla miejsc, raczej walczę z samym sobą, z trasą, poprawiam sam siebie od strony sportowej. Ale bez ściemy fajnie jest zobaczyć swoje nazwisko w takim zestawieniu 😀

Tradycyjnie oceny 😀

Pogoda

_DSC0048

 

Wiadomo jak było 🙂 Lało dwa dni wcześniej, zmasakrowało trasę. Temperatura zaszalała w odwrotnym kierunku niż zwykle. Bo zwykle na starcie jest zimniej, a później wracasz w wyższej temperaturze drugiej części dnia. Pamiętnej niedzieli startowaliśmy w kilkunastu stopniach, na trasie okresowo Garmin też zanotował 11-12 stopni. Ale już od podjazdu na Gorc temperatura spadła do 6-8 stopni, a ostatni zjazd i meta to było ledwo stopnie 3-4! Jeszcze nigdy tak nie zmarzłem na mecie!

 

Lokalizacja

Ciężko było trafić na start. Wiedziałem, że jest wyżej, ale gdzie? Niestety żadnych oznaczeń, żadnych wskazówek. Pytani ludzie wskazywali do góry: tam! Na szczęście jakoś się tam! znaleźliśmy 😛 Jeśli zaś już chodzi o samo miejsce, to bardzo dobre. O wiele lepsze niż w zeszłym roku. 8/10

Biuro zawodów

Podobnie jak w Przemyślu. Jak się okazuje brak kontaktu, a w zasadzie brak potrzeby dotarcia do biura jest największym plusem 🙂 10/10

Oprawa zawodów

Joy Ride Bike Festival na dole, my na górze. Kluszkowce opanowali bajkerzy, kolarze, namioty i ten duch wspólnej pasji. Super! Nie wiem czy coś się na górze ciekawego działo koło startu/mety, ale to nie ma większego znaczenia. 10/10

Wyniki i dekoracje

13235126_1220267921316714_7697583763126219044_oOrganizator się chyba zdziwił, że na godzinę 16-stą nie miał kogo dekorować. Ledwo kilku zawodników Giga zmieściło się w 5 godzinach… więc słusznie dekoracja przesunięta na 17-stą 🙂 Wyniki smsem, dekoracja nie spóźniona jeśli chodzi o przełożoną godzinę. Z racji uszczerbku na zdrowiu, wizyty w namiocie medycznym, przejmującego zimna (tak mną telepało, że dostałem aluminiowy kocyk) i konieczności zawitania jeszcze po drodze do szpitala w Nowym Targu (zszywanie łuku brwiowego u mnie, a także rozcięcia nogi u Tomka), nie czekałem na swoją chwilę sławy i dyplom za 4 miejsce. 10/10

Oznaczenie i przygotowanie trasy

Były dwa lub trzy miejsca niejasne, gdzie miałem problem z odnalezieniem drogi. Brakowało oznaczeń, było zastanawianie się i zawahanie. Ostatecznie się nie pogubiłem, chociaż słyszałem że kilka osób zbłądziło. Rzeczywiście było to możliwe. Ciekawe jest to, że te miejsca wcale nie były gdzieś wysoko czy w dzikiej głuszy, tylko w miejscach gdzie dostęp był w miarę dobry. Może ktoś usunął strzałki? Na tasiemki potwierdzające trzeba było trochę poczekać. W sumie więc poziom oznaczenia delikatnie w stosunku do poprzedniej edycji spadł. 8/10


Trasa

Chyba już wszystko w tej kwestii wcześniej napisałem. Trasa była epicka! 🙂 Była ciężka, była techniczna, długa, wymagająca. Była taka, na jaką się czeka, o której się myśli i którą się wspomina. Ludzie, którzy w tamtym sezonie startowali na Giga w Pucharze Polski w Kluszkowcach, a w tym zaliczyli tylko (!) trasę Mega, orzekli że tegoroczna krótsza dała im bardziej w kość, była lepsza i bardziej wymagająca, niż pucharowa z zeszłego sezonu. Dla mnie zajmuje numer 1 w moim prywatnym rankingu najlepszych wyryp 🙂 10/10

Ocena końcowa

Jeśli poziom bólu ma się wiązać z zadowoleniem z przejechania maratonu w Kluszkowcach, to nie może być inaczej jak 10/10 😀

13244826_1184865124880913_2413556046254078627_n

Hasło dnia 🙂