Dla tych co byli na Cyklokarpatach w Jaśle był to podjazd na Liwocz 🙂

W przenośni i dosłownie. Cztery i pół kilometra podjazdu, przewyższenia ponad 300 metrów, średnie nachylenie 7%. Było co kręcić przez przeszło 20 minut 😛 Ostatni kilometr to rzeczywiście droga krzyżowa. W pierwszym podjeździe tego nie zauważyłem, za mocno pewnie kręciłem. Na drugiej pętli zobaczyłem po prawej stronie stacje drogi krzyżowej. A po maratonie na Stravie nazwę segmentu. Prawdziwa męka, ostatni kilometr to średnio 9% nachylenia. Wystarczy taka jedna “górka” w okolicy jak Liwocz i spokojnie można niezłą wyrypę organizować 🙂

VIRB0608

Podjazd na Liwocz – droga krzyżowa

Cyklokarpaty stanęły znów na wysokości zadania i taką niezłą wyrypę zorganizowały. Było się gdzie zjechać! Okolice wykorzystane na maksa, włącznie z trasą DH i tytułową drogą na najwyższy w okolicach szczyt. Pokonywaną dwa razy. Dwa razy też zjazdy, bardzo fajne, momentami techniczne i wymagające. No po prostu znów to był świetny maraton! 🙂

Chociaż tym razem odczucia co do mojej własnej dyspozycji były słabe. Chyba za dużo wypoczynku po Kluszkowcach, za dużo siedzenia za stołem i spotkań rodzinnych. Cztery dni w ciągu tygodnia przed maratonem, to przesada. Sobota – wesele. Niedziela – a jak… poprawiny 🙂 Poniedziałek – spotkanie rodzinne po latach u mnie. Czwartek – chrzciny. I weź tu chłopie dojdź do siebie 😛

DSC02050Nie mogłem jakoś dojść do siebie od początku. Początek, jakiego nie lubię. Przez miasto, pomiędzy samochodami, po rondach, przepychanki, blokowania, zatwardzenia, nagłe przyśpieszenia. Z tego wszystkiego spadłem gdzieś poza piąty sektor, a startowałem z czwartego. Na pierwszym podjeździe więc mocne kręcenie, żeby choć trochę odrobić. Już czułem, że noga nie ta. Niby wypoczęta, niby kręci, ale jakby z waty była. A watów za mało tak na oko ze dwadzieścia wyciskałem. Niestety te uczucie wacianej nogi pozostało przez cały maraton.

Początek to trochę górek, trasa DH, prowadzenie rowerów podjazdem, wąwozem na Podzamcze… i po godzinie zaczynamy Liwocz. Początek asfaltem, ale ostro do góry. Później już teren, kamienie, garby… ciężkie mielenie. Noga nie kręci może najlepiej ale kilku zawodników przeskakuje, co podnosi morale. Widok dużego budynku, z krzyżem i antenami na szczycie, oznaczający koniec podjazdu, jest wybawieniem. Miałem wrażenie, że ten podjazd dłużył mi się bardziej niż ten na Lubań dwa tygodnie wcześniej.

13320543_1131759963554887_670234595592330254_oMam profil na ramie, więc wiem, że to nie koniec tego, co Liwocz i Cyklokarpaty tego dnia nam zaserwowały. Jeszcze widać zęby, jeszcze będą hopki, będzie też ostro w dół. I jest. Nie idą mi też coś zjazdy. Jakaś blokada po glebie w Kluszkowcach? Nie mogę się rozbujać, czuję bojaźń :/ Nie bawię się, nie czuję flow, popełniam błędy. Zaliczam na dość prostym odcinku glebę. Nie wybrałem prawidłowo toru jazdy, głupio chce go zmienić, jestem przestraszony perspektywą gleby… i glebę zaliczam. Nic groźnego, ale prawa noga obtarta, biodro znów zbite. Łańcuch spada, kilka chwil zajmuje mi pozbieranie się. Tracę kilka pozycji. Stara prawda mówi, że wyścig wygrywa się na podjazdach, ale przegrywa na zjazdach. Tego dnia nie wygrywałem niestety na podjazdach, a z kretesem na zjazdach dawałem dupy 🙁

Po zjazdach kilka ciekawych odcinków, małe hopki, strumyki, jeden wąski mostek do przejścia (wąski i dobre 1,5 metra nad ziemią, więc lepiej było nie ryzykować). Przed rozjazdem ciężki podjazd trochę błotnistym, trochę kamienistym podjazdem wąwozem, w którym ustawiła się Ala na zdjęcia. Bardzo dobre miejsce, zdjęcia wyszły świetne! 😀

DSC02400

Podjazd wąwozem

Po rozjeździe… sam jak to zwykle bywa. Wszyscy dookoła skręcili na mega i znów samotność gigowca doskwiera 😛 Druga pętla i dojazd na Liwocz to w zasadzie sam asfalt. Trochę za dużo tych asfaltów… ale też i pewnie inaczej się nie dało. Gdzieś daleko przede mną dwóch zawodników, za mną daleko też ktoś się kołacze. W samotności więc cisnę drugi raz na górę. Na drodze krzyżowej doganiam końcówkę mega. Idą biedaki…

Drugi zjazd już lepiej poszedł. Znajomość trasy daje naprawdę bardzo dużo. Mimo, że przecież pobieżna. Ogólnie druga pętla idzie szybciej… chociaż czasowo oczywiście dużo wolniej. Naprawdę nie kręci mi tego dnia noga, niestety 🙁

_DSC0675

Po wale, na kole u Tomka

Gdzieś około 60-tego kilometra dogania mnie Tomek… po raz pierwszy w tym sezonie. To mówi wszystko o mojej dyspozycji. O jego dobrej też oczywiście 🙂 Jedziemy ostatnie podjazdy razem, trochę po zmianach, chociaż to on głównie prowadzi. Po skoku na most i moimi problemami z wrzuceniem łańcucha na dużą tarczę, odskakuje dwadzieścia metrów. Musze gonić, żeby siąść na koło do finiszu. Udaje się dopiero gdzieś w połowie grobli. Kompletnie nie mam pomysłu jak rozegrać ostatnie metry i czy będziemy się ścigać (przecież jesteśmy w jednej drużynie 😉 ) czy zgodnie wjedziemy na metę. Nie ma sentymentów, po zjeździe z wału Tomek dociska, a je nie mam czym odpowiedzieć. Wpadam na metę tuż za nim. Jak się okazało, znów przegrałem trzecie miejsce w kategorii 😛 Te moje czwarte miejsca w tym sezonie staną się na powrót przysłowiowe 😀 Miejsce 15 open, nie jest złe, a na pewno lepsze niż dyspozycja. Ale na to ma wpływ brak czołowych zawodników, którzy klepią w tym czasie MTB Beskidy Trophy. Brak Janowskiego, to też dobra ilość punktów. Tak na osłodę jeszcze awans do trzeciego sektora. Nie ma tego złego, co by by na dobre nie wyszło 😀

13301535_1228844127125760_2305036788884141075_o

Pogoda

Wreszcie się udała. Ciepło tak jak lubię i sucho. Błoto to wręcz pozostałości tego co mogło być dwa tygodnie wcześniej. A więc pierwszy wyścig w sezonie zaliczony na krótko, na sucho i bez zimna. Było się trzeba wręcz chłodzić.

Lokalizacja

Generalnie bardzo dobra. Koło rzeki, wzdłuż wałów, obok infrastruktura (ośrodek MOSiR, w którym można było umyć rowery), miasteczko “małpi gaj” w którym były dekoracje. Położenie trochę problematyczne od strony startu i przejazdu przez całe miasto. Jak to zwykle bywa są plusy dodatnie, są też plusy ujemne 😉 9/10

DSC03111

Finisz!

Biuro Zawodów

Przestanę o biurze zawodów chyba w przypadku Cyklokarpat pisać, bo to nie ma sensu 😛 10/10

Oprawa zawodów

Dobra konferansjerka, dużo gadania (i co najważniejsze z sensem), dobre nagłośnienie, dodatkowe atrakcje, wszystko na czas i na miejscu. 10/10

Wyniki i dekoracje

Bez najmniejszego poślizgu, zgodnie z harmonogramem, sprawnie. SMS z wynikiem przychodzi dwie minuty po przekroczeniu mety. Wiedząc więc wszystko, znając godzinę dekoracji i mając świadomość czy Twoja obecność jest tam potrzebna, można wszystko na spokojnie sobie zaplanować i zorganizować. Mycie roweru, przebranie, wciągnięcie regenera, zjedzenie dobrego makaronu. Zostajesz wyczytany, dostajesz dyplom (lub ładną statuetkę… nie dla mnie na razie 😉 ), dziękujesz, jedziesz do domu. Perfekt! 10/10

_DSC0167

Końcówka zjazdu trasą DH

Oznaczenie i przygotowanie trasy

Nie pamiętam tym razem, abym miał jakieś wątpliwości, gdzie jechać. Oznaczenie jednoznaczne, bez błędów, pewnie prowadzące do mety. Jedyny zgrzyt… zabezpieczenie okolic miejscowości Kołaczyce. Szybkim szutrowym zjazdem dolatuję do zabudowań, wpadam między ogrodzenia, dojeżdżam do skrzyżowania. Czerwony znak stop robi swoje, włącza się ostrożność. Nie widzę nikogo na skrzyżowaniu, żadnej oczekiwanej w takim miejscu żółtej koszulki. Dohamowuję prawie do zera, bo zza ogrodzeń nie widać co się dzieje na skrzyżowaniu i wjeżdżam na minimalnej prędkości. Po lewej zaskakuje mnie samochód, na szczęście jedzie wolno. Przeskakuję, chociaż było blisko, krzyczę do tych za mną UWAGA! Było niebezpiecznie i całe miejsce, że nic się nie stało. Dalej dojazd do krajówki… i znów nikogo. Skręt w prawo, dojazd do mostu. Strzałki kierują na jego prawą stronę i pod niego. Mimo, że widzę wyjazd z drugiej strony drogi, nie przeskakuję, nie skracam. Robię pętelkę pod mostem, tak jak trasa wskazuje. Z tego co wiem, było dużo cwaniactwa i takich, co po prostu przejeżdżali na drugą stronę krajówki i zyskiwali dobrą minutę. Po co, gdzie tu zabawa, uczciwość… i bezpieczeństwo? Po to był ten przejazd pod mostem, żeby krajówki nie przecinać. Inną sprawą, że w tym miejscu także powinien być ktoś z zabezpieczenia, pilnować wjazdu na krajówkę i pilnować zawodników, żeby prawidłowo pod mostem przejeżdżali. Tam przez brak wyobraźni niektórych “rajderów” mogło dojść do tragedii. A skłonności do głupiego skracania trasy komentować nie będę… 🙁 7/10

Trasa

Naprawdę dobra, spełniająca oczekiwania i zapowiedzi. Liwocz zrobił swoje, droga krzyżowa była męką, zjazdy dały w kość, trasy DH zabawę, nawet asfalty, których pod koniec było trochę przy dużo, nie nużyły. Trochę te asfalty zawsze przy MTB są wkurzające, ale chyba dziś już w takich okolicach nie da się poprowadzić inaczej maratonu. No chyba, że jakimiś chaszczami, gdzie byłoby pewnie jeszcze gorzej. Trasa mi się po prostu podobała, okolice piękne, można jeździć, można się zmęczyć i można się zadowolić 🙂 8/10



Ocena końcowa

Reasumując, znów Cyklokarpatom udał się świetny maraton. Udał się? Nie to, złe słowo. Oni na to ciężko pracują, to widać. Wkładają w to serce i pasję, wiedzą o co chodzi, wykorzystują swoje doświadczenie i robią to dobrze. Mogę powiedzieć, że naprawdę bardzo dobrze! 😀 Swoje zadowolenia z całokształtu ich pracy w Jaśle oceniam na 9/10.

13320553_1228242397185933_4766080647331936595_o

Chłodzenie! 🙂