Gdy pokazały się pierwsze zapowiedzi tego etapowego wyścigu szosowego zainteresowałem się nim z kilku powodów.

Po pierwsze: bo miała być to szosa 🙂 Szosa, na której po prostu miałem zamiar więcej startować w tym sezonie. I która mnie niesamowicie ciągnie 😀

Po drugie: etapówka. Coś nowego, coś innego. Wyścig etapowy to całkiem nowe i inne doświadczenie. I świadomość, jak się organizm spisuje w takim wysiłku dzień po dniu. Co z perspektywy mojego startu w MTB Sudety Challenge w lipcu może być świadomością istotną.

Po trzecie: ekipa. Ta sama która w zeszłym sezonie zorganizowała Tatra Road Race. Która zorganizowała go w sposób tak perfekcyjny i doskonały, że można zakładać z góry, że nowy projekt będzie na wysokim poziomie i równie dobry jakościowo.

10471231_810252879096131_6381176332800162381_n

Zbierając wszystko do kupy nie mogło być inaczej jak to, że się pojawię w Nowym Targu na początku czerwca 🙂 Jak postanowiłem, tak też zrobiłem. Wyprawa była długa, bo żeby w piątek trafić na start pierwszego etapu, musiałem z domu wyjechać już we wtorek 😛 Zabrać ze sobą wszystko co potrzebne do przeżycia, pracy, trenowania przez tydzień i startów pod rząd przez trzy dni. No trochę się tego więcej nazbierało, niż przewidywałem 😛

Finalnie dotarłem na Rynek do Nowego Targu, gdzie mieściło się Biuro Zawodów Nowy Targ Road Challenge odpowiednio wcześnie przed startem, zameldowałem się, odebrałem pakiet startowy, miło porozmawiałem i wyruszyłem do Zarębka Niżnego, gdzie miałem zarezerwowaną miejscówkę. O tyle fajną, że na uboczu… i bez zasięgu GSM. Początkowo oczywiście wydało się to minusem, ale ostatecznie po całym weekendzie było to wielkim plusem. Kto się miał ze mną skontaktować i tak się skontaktował innymi kanałami, a telefon milczał przez całe trzy wieczory i noce 😀

Etap 1 – Przełęcz Knurowska – indywidualna jazda na czas



Zaczyna się mocno, od czasówki. Oglądałem profil, patrzyłem na czasy, moce, porównywałem ze swoją krzywą. To wszystko po to, żeby ocenić jak pojechać. Profil równy, sama przełęcz około 5 km, nachylenie 5-7%, bez ścianek i wypłaszczeń. Patrząc na czasy dla mnie 14-15 minut jazdy na maksa do góry. Sama czasówka zaczyna się płaskim kilometrem dojazdowym, więc trzeba dobrą minutę do tego wszystkiego dodać. A więc szacuję, że będzie to jakieś 16-17 minut jazdy, którą według mojej krzywej mocy powinienem pojechać na około 290 wat. Tak się więc “programuję” 😉

13323673_282619912085735_6752434956926350768_oPrzed startem trochę kręcę na rozgrzewkę, rozmawiam ze spotkanymi znajomkami z całej Polski. Start 16:37:30… mało się nie spóźniam, bo czas organizatora jest dwie minuty do przodu w stosunku do mojego GPS 🙂 W zasadzie z marszu staję do startu, 3, 2, 1… poszedł! 🙂

VIRB0886Początek człowiek napalony jak dzik na żołędzie, więc trochę za mocno. Odpuszczam zaraz za mostkiem, żeby ustabilizować organizm i jechać jednak swoje 300 wat. Noga kręci może nie rewelacyjnie, ale kręci. Waty dobre, łykam jednego gościa, morale idzie do góry. Za chwile spada z hukiem, gdy bierze mnie inny zawodnik przemykając jak pociąg szybkobieżny. A później następny… Trzeba kręcić jednak swoje, więc cisnę!

Kilometry na takiej próbie, jechanej na maksa, z mgłą w oczach, mijają strasznie wolno. Końcówka na zapieku, ale widząc metę na szczycie dokręcam jeszcze i ostatnie waty idą w pedały. Czas 16:24, moc 294W, a więc wszystko zgodnie z założeniami i na miarę moich możliwości. Daje mi to 55 miejsce Open i 13 w kategorii. Ustawia w szeregu i pokazuje jak mocni zawodnicy tu przyjechali 🙂

Etap 2 – Krempachy


To już poważne wyzwanie. Czasówka była na rozgrzewkę, w sobotę zaczynają się prawdziwe góry. Prawie 130 km w planie i około 2 tys. metrów przewyższenia. Profil trasy budzi respekt, a i tak wiem, że będzie o wiele ciężej niż widać 😛

Od startu jest ciężko. Cała grupa jedzie razem, dość szybko. Nogi na razie pracują jeszcze w miarę lajtowo, chociaż wystarczy nieduża hopka, a już trzeba nadganiać. Jestem gdzieś w drugiej połówce i jak peleton zaczyna się dzielić naturalnie zostaję z tyłu. Później trochę nadganiam, przyczepiam się do grupy i zaczyna się jazda. To co jest kwintesencją kolarstwa szosowego. Jazda w grupie, zmiany, rwania, walka o utrzymanie koła. Grupa utrzymuje się razem aż do pierwszego większego podjazdu po Słowackiej stronie – Spisskie Hanusovce. Tutaj już każdy jedzie swoje. Mi jedzie się nie najgorzej i na szczycie jestem dosłownie z kilkoma zawodnikami swojej grupy. Zjazd zaczynam z przodu, dociskam, lecę. Szybki, jest tylko jeden ciasny i trudny zakręt, reszta to łagodne łuki i długie proste. Na dole oglądam się… nikogo za mną. Zaskoczenie. Nie wydawało mi się, że jechałem jakoś strasznie szybko, na pewno bez zbędnego ryzyka i przesadzania, a jednak zgubiłem wszystkich 😛 Czyżby hiszpańskie zgrupowania w górach i tamtejsze zjazdy nauczyły mnie jednak więcej, niż się spodziewałem? 🙂

13411826_283810741966652_145946587815042459_o

Nie dociskam za bardzo, to nie czas na ucieczkę, wiec dogania mnie jeden z kolegów z peletonu i jedziemy razem. Doganiamy jeszcze kilku zawodników z poprzedzającej grupy i zaczynamy najtrudniejszy podjazd tego dnia: z Osturni na Łapszankę. Początek to sztajfa, później trochę wypłaszczeń i znów sztajfy do szczytu. A widoki przepiękne 🙂 Nie patrzę na waty, patrzę dookoła 😛 Na górze bufet. Wymiana bidonów, banan, woda (czy lać?)… o bufetach i organizacji jeszcze będzie. Ale ekipa, podkreślę to już teraz, była super! 🙂

13346571_283169335364126_3382927474800261338_nPo Łapszance dłuuuuugi zjazd i wjazd na druga rundę. Robi nas się znów więcej, jedziemy po zmianach. Gdy nagle dogania nas niezły pociąg. Naciągają Panowie ostro. Skąd tacy mocni z tyłu? Jak się później okazuje pogubili się. Nie tyle oni, co pilot za którym jechali. Nie skręcił na Łapszankę i kilka kilometrów wywiózł grupę w pole…

13323700_283064085374651_7955387170134395107_oCiężko się utrzymać tej grupy, ale trzymam koło. Doganiamy następną, lecę już za mocno. Do podjazdu jeszcze kawałek, widzę jak sie wszystko rwie. Odpuszczam, zostaję trochę z tyłu. Drugi raz Spisskie Hanusovce wjeżdżam tylko z jednym kompanem. Kilku połkniętych, większość uciekła. Drugi raz szybki zjazd, drugi raz łykanie następnych zawodników na dojeździe do Osturni. I drugi raz Łapszanka. Mam wrażenie, że jechana dwa razy ciężej. Może dlatego, że już nie miałem siły patrzeć dookoła, tylko zaciskałem zęby i gapiłem się w cyferki 😛

Kluczowy okazał się przedostatni podjazd tego etapu, za rondem w Nidzicy pod Zamek. Tutaj poszła z przodu ostra para, ponad 300 wat na liczniku… i bez szans na utrzymanie koła na tym długim podjeździe. Grupa się podzieliła i poszatkowała. Z przodu Ci mocniejsi, ja gdzieś samotnie zawieszony pomiędzy nimi, z tyłu Ci, którzy już mieli totalnie dość. I niestety w takim zawieszeniu, samotnie jechałem płaski odcinek do ostatniego podjazdu do Dursztyna. Widziałem grupę przede mną, bez szans na dojście, widziałem kogoś daleko za mną. Dobrze, że tu było z wiatrem, bo inaczej by mnie zmasakrowało. Wciągnąłem ostatniego żela (z kofeiną) i zaatakowałem Dursztyn. Organizm i nogi zaskoczyły na nowo i dostały nowej energii. Połknąłem bez problemów 2 czy 3 zawodników i dobrze pokonałem ostatnią ściankę do mety. Do najlepszych z grupy, która mi uciekła w Nidzicy straciłem niestety prawie 10 minut.

Patrząc na wyniki dochodzę do wniosku, że jestem jak stary, dobry, wolnossący diesel. Rozgrzewam się i rozkręcam powoli 🙂 Na pierwszym pomiarze czasu 68, na drugim 63, na mecie ostatecznie 59 Open i 15 w kategorii M3.

13412146_284318825249177_4312227406636194650_o

Etap 3 – Nowy Targ


Kluczem w ściganiu się dzień po dniu musi być regeneracja, innej opcji nie ma. Na nią trzeba zwrócić szczególna uwagę. Szejk regeneracyjny, rozciąganie, kąpiel, posiłek, rolowanie… i spanie. Zmęczony szybko poszedłem w kimono i odsypiałem 10 godzin 🙂 Wyszło to wszystko mi na dobre, bo następnego dnia czułem się całkiem nieźle.

13323453_1180416895387957_6582888921851341361_oStart na Rynku w Nowym Targu honorowy i spokojny. Można było się rozkręcić, zanim wyjechaliśmy z miasta i rozpoczęło się ściganie. Wszyscy chyba jechali trochę asekuracyjnie i spokojnie, bo pierwsze 10 kilometrów wygląda w cyferkach jak jazda w tlenie 😛 Dopiero za Pyzówką zaczęło się ostre ciągnięcie i wszyscy ruszyli do przodu. Przez pierwszą małą rundę było więc przepychanie się do przodu. Na drugiej dużej rundzie ustabilizował się skład naszej grupy. Jechało kilkanaście osób. W połowie już widziałem, że zbyt słabo i spokojnie, a noga mi się rwała do przodu. Piękne uczucie 🙂 Gdzieś pod koniec tej rundy uciekł jeden z zawodników, utrzymując 300-400 metrów przewagi. Na początku trzeciej uznałem, że nie ma co się lizać po jajcach, tylko trzeba działać. Już przed rozjazdem na hopkach przycisnąłem, by na początku rundy być z przodu. Znałem już trasę i wiedziałem, że po długim zjeździe przez Dział aż do Odrowąż są niewielkie podjazdy i hopki, na których odpowiednio przyciskając mogę dojść uciekiniera.

13320538_283810678633325_6176131565248029423_oPlan zrealizowałem 🙂 To jest piękne w kolarstwie, gdy noga podaje. Uciekasz, spawasz, kontrolujesz sytuację, atakujesz. Kwintesencja dobrego ścigania. Uciekłem, dogoniłem go. Wspólnie razem pracowaliśmy, powiększając przewagę. Na podjeździe pod Bukowinę mieliśmy już kilka minut przewagi, a przed nami grupę którą można było dojść. I tutaj idąc po zmianach też nam się udało. Gdzieś w okolicach Sieniawy ich doganiamy i odpoczywamy. Jeden z zawodników próbuje nogę, ale go spawamy. Później ja znów atakuję, ciągnąc za sobą jeszcze trójkę. Pracujemy wspólnie, ale nie dość skutecznie. Grupa nas spawa po kilku minutach. Zjeżdżamy z rundy i wjeżdżamy wspólnie do Nowego Targu. Zaskoczenie… mokre asfalty. My mieliśmy na trasie piękną pogodę i sucho, a w mieście lało, bo są dość duże kałuże. Zaczyna się nerwówka, jak to przed finiszem. Grupa się rozrywa. Na stadion wjeżdżam gdzieś 5-6 i zaczynamy finisz niczym na welodromie w Roubaix 🙂 Żeby nam utrudnić sytuację, spadają wielkie, pierwsze krople deszczu. W ostatni wiraż wchodzę po wewnętrznej. Dociskam, staję na pedały, mam moc! Zaciskam zęby, nogi pracują niby tłoki, mijam zawodników. Metę mijam drugi z grupy 0,3 sekundy przegrywając na kresce z pierwszym. Ale kilku zostało połkniętych 😀

13403378_284315758582817_7362545022002737115_o

Jechało mi się rewelacyjnie. Początek lekko, asekuracyjnie. Może zbyt asekuracyjnie, ale jednak to był już kolejny dzień ścigania. Później znów jak dobry, stary diesel się rozpędzałem. Pierwszy pomiar czasu – 71, drugi – 61, na mecie 55 Open. I znów 15 w kategorii M3. A więc równo cały wyścig pojechany, jeśli chodzi o wyniki etapów. W generalce wynikowo także 55 Open i 13 M3 🙂

Wnioski i forma

Forma nie jest zła, noga zaczęła na powrót kręcić 🙂 Może jeszcze brakuje 10-15W na FTP do takiej szczytowej formy, ale czuję, że jestem na dobrej drodze. Bardzo dobrze czułem się w niedzielę, trzeciego dnia ścigania. Wniosek jest taki, że organizm wytrzymuje ściganie dzień po dniu i wysokie obciążenia. Trudno przewidzieć co będzie po kilku takich dniach konkretnej wyrypy na Challenge’u, ale może nie będzie tragedii. Trener podsumował, że mogę mieć predyspozycje do wyścigu etapowego 🙂 … zobaczymy w lipcu 😛

Pogoda

Organizator, czyli Tatra Cycling Events ma niesamowite szczęście do pogody! Prognozy były takie sobie. A rzeczywistość piękna 🙂 W piątek było jeszcze chłodno i pochmurnie na czasówce (chociaż podczas dekoracji przebijało już się słońce), ale sobota była już rewelacyjna. Piękne słoneczko, chmurki na niebieskim niebie, temperatura około 25 stopni, po prostu idealnie. W niedzielę też ładnie, parno… no i zakończyło się burzą i ulewą na koniec. Niektórzy przemoczeni wjeżdżali na metę, pierwszej połówce się upiekło 🙂

13340049_283810628633330_2719701646629354017_o

Organizator

Coś niesamowitego jak Krystian Piróg, Cezary Szafraniec, ich żony, a także cała ekipa była zaangażowana w ten wyścig! Ile serca w to wkładali, było widać na każdym kroku. W biurze zawodów, na bufetach, na mecie, podczas dekoracji. Życzliwością mogliby obdzielić spokojnie kilka innych jeszcze VIRB0365wyścigów. I pomysłami. Przykład? Chłodno na górze Przełęczy Knurowskiej, przed dekoracją. Chcecie kawy? Nie ma sprawy. Pojawia się ekspres. Nie ma prądu? Nie ma problemu. Znajduje się agregat i kawa się robi 🙂 Na bufetach wymiana bidonów. Co do kubeczków dodatkowe pytanie: woda czy izo? I przy wodzie: polewać? 🙂 Mógłbym się nad zaangażowaniem tych ludzi jeszcze długo 13346910_864334650338332_9202629381202401246_nrozpływać… Wielki szcun, naprawdę. I podziękowania. Bo stworzyliście coś niesamowitego, jeśli chodzi o atmosferę wyścigu, jego obsługi. A zdaję sobie sprawę, że organizacja tego wszystkiego nie była prosta. Uświadomił mi to dodatkowo Krystian podczas krótkiej rozmowy, już po zakończeniu trzeciego etapu. Trzy dni, dzień po dniu. Każdego dnia w innym miejscu start, w innym miejscu meta. Sam przyznał, że nie do końca sobie zdawali sprawę, na co się porwali. Ale dali radę! Mimo kilku potknięć, naprawdę niezauważalnych, wszystko wyszło rewelacyjnie. Biuro zawodów rewelka, bufety rewelka, dekoracje rewelka, wszystko na maksa rewelka 😀 10/10 i razy 10 🙂

Oznaczenia, zabezpieczenie i przygotowanie trasy

Na drugim etapie pogubił się pilot. Wiem w którym miejscu. Założę się, że Ci zawodnicy nie pogubiliby się bez pilota. Po prostu pojechali za przewodnikiem stada. Oznaczenia były bardzo dobre, jednoznaczne, bez luk. Strzałki na znakach, wymalowane strzałki na asfalcie. Zero problemów. Zabezpieczenie rewelacyjne. Jako zawodnik czułem się bardzo komfortowo, wręcz jak na wyścigu w ruchu zamkniętym. Przed grupą jechał oznaczony pilot. Na każdym skrzyżowaniu większym i rondzie policja. Po słowackiej stronie także. Na mniejszych drogach przynajmniej strażacy. Na rozjazdach osoby kierujące bez pomyłki. Następna rewelka 🙂 10/10

13320649_283861205294939_7844357404443236927_oTrasa

Mega, giga i wszystko na maksa 🙂 Rewelacyjnie poprowadzona trasa, świetne podjazdy, piękne tereny. Momentami ciężko było skupić się na jeździe i nogi z zachwytów przestawały pracować. Poznałem słynne podjazdy, piękne tereny znane do tej pory tylko ze zdjęć i opisów. Wszystko dozowane w odpowiedni sposób. Super pomysł z krótką czasówką pierwszego dnia na rozkręcenie. Etap królewski dnia drugiego. Dający w kość i na wymęczenie. Finisz na podjeździe. I trochę lżej i krócej dnia trzeciego. Dla odmiany finisz sprinterski na stadionie. Wszystko złożone do kupy dało świetny wyścig na super trasie. 10/10

Ocena końcowa

Krystian się krzywił, że nie wszystko poszło jak chciał, że były wtopy, niedociągnięcia. Pewnie były. Ja nie zauważyłem 🙂 Tak dobry był to wyścig od strony organizacyjnej, że zachwyty maskują ewentualne niedociągnięcia. Na pewno dla tych, co zgubili się przez pilota, trochę to wkurzające. Dla mnie jedynym zauważalnym zgrzytem były niejasności co do godziny startu w niedzielę. W regulaminie była godzina 10, jeszcze kilka dni przed wyścigiem. Później nie sprawdzałem. Wstałem wcześniej, zjadłem posiłek startowy, wyjechałem… a okazało się, że start o 11 🙂 I na stronie wyścigu godzina już zmieniona. Szkoda, że wcześniej ktoś głośno i wyraźnie nie poinformował, albo chociaż nie napisał info na fejsie. Bo takich zawodników jak ja wcześniej na parkingu było kilkudziesięciu 🙂 Ale tak jak napisałem… nieważne. Bo to świetny wyścig był! 😀 10/10

Teraz czas na Tatra Road Race w lipcu. Już nie mogę doczekać się wyścigu i tych wszystkich zachwytów, które były moim udziałem w zeszłym roku. Po takiej dawce emocji jak po Nowy Targ Road Challenge i po tych doświadczeniach wiem, że będzie super!

Wielkie podziękowania dla organizatorów za to co tworzą, dla Krystiana, Czarka, ich pięknych żon i dla całej Ekipy! Także specjalne podziękowania dla fotografów, dzięki którym mamy piękne wspomnienia i zdjęcia, które między innymi mogą upiększać ten wpis 🙂 Dziękuję: Wiktor Bubniak Fotografia, Dominik Gach Fotografia, Paulina Pacyga, a także dla tych, których nie znam 🙂

13392124_284318871915839_3471127370595728339_o