Drohiczyn to całkiem odmienny charakterem maraton od tych, które ostatnio zaliczam 🙂 Zawsze się też wyróżniał wśród zawodów cyklu Maratonów Kresowych. Ma taką… miejską specyfikę 😉 Cztery rundy w okolicach miasta. Na każdej trzy podjazdy, w tym dwa wymagające, krótkie ale sztywne do centrum miasta. Jeden dłuższy, szutrowy poza miastem. Dla kibiców i rodzin super sprawa. Zawodnicy jadą cały czas, można dopingować. Czołówka długiego dystansu przewala się przez te miejskie podjazdy i rynek co mniej więcej pół godziny. Tworzy to niesamowity charakter tych zawodów. I powiem szczerze… że ja ten maraton od zawsze lubię 😀

13497805_1566235183679395_2375519357888468671_o

Szutrowy podjazd Olimpijską w Drohiczynie

Oprócz podjazdów runda w Drohiczynie nie jest wymagająca, generalnie szutry i droga wzdłuż Bugu. Jeden krótki, techniczny zjazd po wypłukanych kamieniach z centrum z powrotem nad Bug. Całą rundę człowiek się oszczędza na te trzy kluczowe podjazdy, gdzie zawsze idzie ogień, ataki, robi się selekcja i grupy się rwą. W zasadzie wszystkie przeze mnie jechane w tym roku wyścigi to minimum 3-4 godziny ścigania. Drohiczyn przy takich wyrypach jak Kluszkowce to szybki, dwu-godzinny sprint 🙂 Na przepalenie nogi dobry trening. I tak własnie do niego podszedłem. Od Wasilkowa na rozpoczęcie sezonu w Kresowych, wśród swoich znajomków się nie ścigałem, wiec to dobry test i sprawdzian formy miał być. I taki własnie był.

13442532_1341857022497461_4133179158803180720_o

Pierwszy podjazd Zamkową

Na początku było trochę ognia, ale później czołowa grupa się uspokoiła. Na dwóch pierwszych rundach scenariusz taki sam. Szutry razem, rozrywanie na pierwszym podjeździe do miasta, gonienie, spawanie, znów rozrywanie. Na trzeciej rundzie już nie dogoniliśmy czołówki i wykrystalizowała się nasza grupa. Patrząc po zawodnikach obok mnie, jechałem wysoko. I nadawałem momentami wysokie tempo, bo wiedziałem że mój główny konkurent – Tomek Skalski z Renault jest z przodu. Miałem jeszcze Jacka z BLU do pomocy i w zasadzie we dwóch prowadziliśmy grupę. Ataki oczywiście na podjazdach, ale udawało się utrzymać skład w zasadzie niezmienny, kilku zawodników odpadło po drodze. Kluczowa ostatnia runda, gdzieś nad Bugiem widzę w oddali żółtą koszulkę Renault… daleko. Z Jackiem sobie mówimy, że na przedostatnim podjeździe (długim szutrowym) atakujemy. Ale oczywiście jak to zwykle bywa atakuje ktoś inny 😛 Wiesław z Obstu wystrzela do przodu, za nim ciśnie Litwinka Silvija, ja trzymam koło. Na szczycie niestety okazuje się, że Jacek został z tyłu. Reszta grupy też. My w trójkę ciśniemy już na ostatni podjazd do miasta. Szybki zjazd, dwa wiraże i wpadamy na Ratuszową, którą podjazd prowadzi. Silvija wyskakuje do przodu (ma kobita niesamowitą nogę), ja też włączam tryb “ile fabryka dała”. Widzę Tomka i szybko się do niego zbliżam! Wiesław zostaje z tyłu, ale już nawet się nie oglądam. Tylko ta żółta koszulka przede mną ma znaczenie. Na koniec zaciskam zęby, dociskam, ale Tomek znika za zakrętem na szczycie… brakuje mi dosłownie 10 metrów. Walczę do końca. Wskakuję na górę, widzę że bierze ostatni wiraż do mety… nie zdążę 🙁

13517660_1118680361522209_2116650617883677414_o

Finisz, cisnę do końca

Zabrakło dosłownie czterech sekund. Gdyby podjazd był trochę dłuższy, gdybym wcześniej gdzieś mocniej przycisnął… No ale cóż, przyzwyczaiłem się już do czwartych miejsc 🙂 Nie powtórzył się scenariusz z Wasilkowa, gdzie Tomka odczepiłem w ataku na ostatnim podjeździe przed metą i wygrałem. Z tym że tam mimo wygranej też zająłem czwarte miejsce, tu mogło być wreszcie pudło 🙂 I co zrobisz, że najmocniejsi zawodnicy przyjezdnej drużyny są akurat w mojej kategorii? (Jusiński, Pepla, Skalski). Prawda jest taka, że jedziesz na miarę swoich przeciwników 😉

Ale ścig całkiem niezły pojechałem. Cyferki ładne, wszystkie podjazdy na PR, ostatni finałowy pociśnięty na prawie 500 watach 😛 Cały czas brakuje jakiegoś błysku, przełamania, ale to już był wyścig z którego mogę być zadowolony. 14 miejsce Open, więc nie ma co narzekać 🙂

DSC04513

Droga nad rzeką

Pogoda dopisała niesamowicie. Idealna temperatura około 25-26 stopni, słońce, trochę chmur. Lało w piątek, wiec nie kurzyło się za bardzo, ale zdążyło też przyschnąć. Było ledwie kilka większych kałuż na trasie.

Lokalizacja bardzo dobra i typowa dla mniejszych miejscowości. Centrum miasteczka, rynek, park miejski. Nietypowo, że był tam start, meta i przejeżdżaliśmy łącznie cztery razy. Ale to własnie tworzy specjalną, inną atmosferę tego maratonu. Na każdym podjeździe dużo kibiców, którzy dopingują żywiołowo. Inaczej się wtedy jedzie! Takie rozwiązanie w tym miejscu i na takim maratonie naprawdę dobrze się sprawdza. 9/10

Biuro Zawodów na Kresowych to już klasa sama w sobie. Nie można stwierdzić kolejek, wszystko działa prawidłowo, każdy wie co robi i ma swoje miejsce. Przyjechałem, powiedziałem wszystkim cześć, dostałem w zamian dużo uśmiechów od pięknych dziewczyn 🙂 10/10

Oprawa zawodów, miasteczko, serwis, Kaffka, wszystko na miejscu. Były animacje dla maluchów, było dobre nagłośnienie, nawet jakaś nowa dziewczyna, która mówiła do mikrofonu z sensem. Posiłek regeneracyjny w małej restauracyjce obok… trochę się obsługa nie wyrabiała i trzeba było postać w kolejce. Za to był wybór i było dobre jedzenie. Nam się trafił bigos i jakieś mięso z makaronem z suszonymi pomidorami w zalewie. Całkiem niezłe 🙂 9/10

Wyniki i dekoracje bez większych problemów. Trochę się półmaraton przeciągnął, bo były jakieś kontrowersje i wyjaśniania. Ktoś skrócił trasę, pojawił się nagle o wiele wyżej. Jakieś pół godziny opóźnienia. Przez to na tablicy wyniki maratonu też pojawiły sę trochę później niż zwykle. Ale potem już wszystko w rytmie i sprawnie szło. 9/10

Oznaczenie i przygotowanie trasy na tak prostym maratonie nie powinno stwarzać problemów… i ich nie było 🙂 Krótko, prosto, znana od kilku sezonów powtarzalna trasa. Wydaje się, że powinno być nudno. A jednak jakoś w Drohiczynie nie jest i fajnie się jedzie 🙂 10/10


Trasa która lubię, już o tym pisałem 🙂 I nie zmienia tego, że jest łatwa, nie wymagająca, po rundach. Po prostu wiem jaka jest i niczego więcej się po niej nie spodziewam. Nie ma zaskoczenia, co roku jest za to zadowolenie 😀 Ale w samej ocenie trasa niestety jest słaba. Ot taki wyścig terenowy urozmaicony trzema porządnymi podjazdami dla kibiców i na zmęczenie nóg startujących, żeby za nudno nie było. Dobrze, ze chociaż one są, bo inaczej byłaby to płaska Narewka 😉 Wykorzystanie doliny Bugu i podjazdów znad rzeki to wielki plus, dzięki któremu ten maraton chce się jechać. Co roku można porównać, niezależnie od warunków, swoje czasy na tych “ściankach” i ocenić swój progres. Może dlatego wszyscy tam chętnie jeździmy? Strava ustawia ten maraton 😉 6/10
13502937_1566240440345536_6250534013247365945_o

Gdzieś w krzakach nad Bugiem 🙂

Ocena końcowa wynika z zadowolenia końcowego. A ono jest 🙂 Po prostu. Do Narewki w tym roku nie pojechałem, bo tego maratonu nie lubię. Do Drohiczyna zawitałem, bo tą trasę i miejsce lubię. I jestem zadowolony 😀 Ocena więc bardziej wynika z samej organizacji maratonu niż z trasy i poziomu jej trudności. Myślę, że nawet ktoś mocniejszy (na przykład Renówka) startujący pierwszy raz, mógł ten maraton polubić 🙂

Drohiczyn jest przykładem maratonu, który mimo z założenia słabego terenu do przeprowadzenia trasy, można jednak tak poprowadzić, zorganizować i stworzyć taką atmosferę, że chce się tam wracać i startować. Walory trasy są wykorzystane na maksa, a organizator z teoretycznej słabości (jazda po rundach) potrafił stworzyć atut 🙂 7/10

DSC04653

Trochę zabrakło…