Najważniejszy start sezonu, do którego przygotowuję się w zasadzie od listopada, jest coraz bliżej. MTB Sudety Challenge, bo o nim mowa, zaczyna się już w najbliższy weekend. Kilka miesięcy przygotowań, planowania i wreszcie jest już na horyzoncie – największa wyrypa w jakiej mógłbym wziąć udział 🙂

Do kalendarza ten start wpisałem już bodajże w listopadzie. Od kilku lat myślałem o etapówce, ale zawsze jak zbliżała się połowa roku, czyli czas etapówek, to coś innego było na tapecie. A to starty w innych cyklach, w których zbierałem punkty do generalki, a to plany urlopowe, a to robota, czy ogólny brak czasu. Wpisanie terminu do kalendarza z takim wyprzedzeniem powoduje, że wszystkie inne plany trzeba już układać dookoła takiego wpisu. Urlop odpowiednio zaplanowany, inne starty ustawione pod plan przygotowań właśnie do tego wydarzenia. Dodatkowo, żeby nie było wymówek, motywacja finansowa. Start opłacony już w grudniu, dzięki temu w pierwszej cenie 🙂

Pozostało tylko (albo aż) się odpowiednio przygotować 😉 Treningi, starty, odpoczynek, mikrocykle i makrocykle. Forma raz w górę, raz w dół. Były starty lepsze, miałem dni gorsze. Ale forma spokojnie, równo, drobnymi krokami cały czas idzie do góry. Nie widać może tego w wynikach (bo wynik determinuje o wiele więcej czynników, niż tylko forma), ale widać w cyferkach. I tak w zasadzie jeżdżę dla siebie i walczę własnie z tymi cyferkami, które analizuje po startach lub odpowiednich testach. Zawodnicy z którymi walczę mogą być lepsi, lub gorsi. Trasa może być trudniejsza lub łatwiejsza. Cykl mocniej lub słabiej obsadzony. Dobry wynik, zajęte miejsce jest trochę loterią. Natomiast to co pojadę i wychodzi w cyferkach, jest moje. To na tej podstawie wiem, czy to był dobry wyścig, czy jestem w dobrej dyspozycji, czy dołuję. Tutaj zdobywam prawdziwe miejsca na pudle 🙂

Pierwszy taki wstępny test zrobiłem po zakończonym sezonie i odpoczynku w grudniu – wpis dotyczący testu tutaj. Wypadł oczywiście nie najlepiej, bo średnia moc z testu wyszła mi 245W, a próg FTP trener ustawia mi na 240W. I tak było nieźle w odniesieniu do wcześniejszego sezonu, gdzie doła miałem dobre 15W niżej.

Następny test w styczniu, po sześciu tygodniach. Wszystko idzie w dobrym kierunku, dokładam 15W do poprzedniego wyniku.

Po następnych dwóch miesiącach trenowałem już w całkiem innych warunkach i test mogłem z robić na podjeździe, w hiszpańskich górach pod Coll de Rates. Oczywiście specyfika takiego testu jest inna. Jak człowiek jest mocniejszy to mieści się na tym podjeździe na CdR w 20 minutach i odpowiednio inaczej próg FTP się oblicza. Pojechałem całkiem nieźle, bijąc swoje PRy i wykręcając 275W. W związku tym próg ląduje na 260W. Następny test, już w “wiosennej” Polsce w kwietniu niestety nie poszedł po mojej myśli. Zaczął się problem ze skurczami, które nie pozwoliły mi dokończyć i przeprowadzić prawidłowo testu. Przebieg i problem opisałem szerzej w tym wpisie.

Później tak w zasadzie zaczęły się starty i analiza generowanej mocy podczas takich “testów” w boju. To też jest pewien wykładnik, ale z zastrzeżeniem, że trasa (szczególnie terenowa MTB) ma swoją specyfikę i w wypadku pomiaru mocy często się jeździ na “zerach”. W tym wypadku analizuje się krzywą mocy i NP (moc znormalizowaną) wyciągając z tego wnioski dotyczące aktualnej dyspozycji. Wyścigi szły mi lepiej lub gorzej, po niektórych z nich można było wyciągnąć wnioski o rosnącym progu. Tak było w wypadku startu w Cyklokarpatach w Kluszkowcach (NP z jednej godziny 262W) a przede wszystkim w Tatra Road Race (NP z 1h – 279W). Tutaj już był widoczny progres i możliwość podniesienia FTP i wyznaczenia nowych stref treningowych.

Był czas i możliwości po odpoczynku po TRR, więc zaplanowaliśmy z trenerem test sprawdzający po tygodniu. Pełen zapału wyjechałem koło południa z zamiarem walki o życiowy wynik… a pięć minut później leżałem na asfalcie poobijany i załamany.


Całość sytuacji wyglądała kuriozalnie, bo gościu w typie niedzielnego, niewyspanego rowerzysty zjeżdża sobie nagle w lewo, nie oglądając się za siebie, bo “nie słyszał samochodu”. Ostatecznie wyszedł z tego gorzej pokiereszowany niż Ja i dostał (mam nadzieję) nauczkę na przyszłość. Dla mnie nic wielkiego się nie stało, oprócz zbitej dupy, kostki, podrapań i stresu. Oczywiście pod wpływem adrenaliny nie wiele bólu początkowo czułem, ale test było wykonać naprawdę ciężko. W głowie cały czas ciążyło pytanie: “co będzie ze startem w Challenge’u??”. Założyłem, że jadę pomiędzy 270 a 280 wat i tak też udało się pojechać. Miałem nadzieję raczej na dotknięcie górnej granicy, niestety wcześniejsza kraksa najprawdopodobniej miała wpływ na ostateczny wynik 272W (NP 273W, a więc pojechałem równiutko jak na prawdziwej czasówce ITT 😉 ). Pozostał niedosyt, ale FTP na poziomie 4 W/kg przed najważniejszym startem w sezonie był celem i został osiągnięty 😀

Tyłek cały czas boli, kostkę cały czas czuję. Ale gdy wsiadam na rower, wszystko mija 🙂 I to jest wspaniałe w rowerze, że jest lekiem na wszystkie bóle i dolegliwości. Jeszcze te dwa dni i powinienem na starcie być w pełni sprawny i nie zauważać już zupełnie żadnych dolegliwości po tej kraksie.


Jutro już wyruszam w Sudety, do Stronia Śląskiego i w niedzielę staję na starcie MTB Sudety Challenge. Jestem jednocześnie zachwycony i przestraszony 😀 Chcę i boję się. Nie wiem czego mogę po tym starcie oczekiwać. Wiem, że to będzie wielka przygoda i tak do tego podchodzę. Nie będę walczył o wynik wśród innych zawodników, nie liczę na nic. Chce po prostu przeżyć wyrypę, podjąć wyzwanie, zaliczyć kilometry w górach, powalczyć z samym sobą i swoimi cyferkami, ze swoimi słabościami, podszkolić się technicznie, naładować akumulatory. Choć wiem, że po tygodniu w górach i rypaniu tych ścieżek będę fizycznie zmasakrowany, to wcale mnie ta perspektywa nie przeraża. Wiem, że jeżeli uda mi się w całości dojechać do mety, będę tym całym tygodniem zachwycony 😀

Trzymajcie kciuki!

VIRB0322