Gdzieś kiedyś przeczytałem zdanie, które wryło mi się w pamięć. Bo dobrze charakteryzuje moją osobowość.

“Jeżeli robisz tylko to co umiesz, nigdy nie dogonisz samego siebie”

Nie wiem z czego to wynika i dlaczego taki jestem. Że cały czas gonię, że chcę czegoś nowego, że próbuję wydostać się poza swoje własne granice, poza ten skrawek który znam, w którym się poruszam. Że nie zostaje w ramach tego, co już umiem, tylko chcę uczyć się czegoś nowego. Chcę poznawać i smakować nowe rzeczy.

Dzieje się to w różnych aspektach mojego życia i mojego poznawania, ale w odniesieniu do tego bloga i PtaQa na BajQ najważniejsza oczywiście jest moja zajawka kolarska 🙂

Mógłbym opisywać znów moją drogę, historię i to wszystko co mnie doprowadziło do momentu w którym jestem, ale gdzieś to w tym blogu we wpisach wszystko (prawie) siedzi. Kto będzie chciał i będzie zainteresowany odnajdzie i przeczyta całą moją historię. W odniesieniu do tego co jest dziś, tu i teraz, najważniejsza była chęć i decyzja startu w etapówce. W którymś momencie przestało mi wystarczać ściganie na maratonach, w cyklu Kresowych, Mazovii czy Poland Bike. To już “umiałem”, wiedziałem o co kaman. Moje myśli zaczęły pędzić w stronę gór, a Ja zacząłem je gonić. Goniłem w Pucharze Polski XCM w zeszłym sezonie, zacząłem gonić w Cyklokarpatach w tym. Po drodze trochę górskich startów na szosie: Nowy Targ Road Challenge i Tatra Road Race. I ostatecznie największa wyrypa: Sudety MTB Challenge. Etapówka, o której myślałem już od kilku sezonów. Decyzja i przygotowania, Droga do Celu którą opisałem w całym cyklu wpisów. Droga, którą goniłem sam siebie, swoje marzenie i swój Cel na ten sezon.

Osiągnąłem go, dogoniłem sam siebie 😀 Jestem Finisherem Sudety MTB Challenge AD 2016!

Mógłbym siedzieć teraz godzinami nad klawiaturą i opisywać każdy etap z osobna. Zrobić z tego dziennik startowy, podzielić się szczegółowo tymi wszystkimi emocjami dzień po dniu. Ale wyjdzie ze mnie w tym momencie leń… bo po prostu mi się nie chce. I tak zabranie się do tego wpisu zabrało mi sporo czasu. Jeszcze więcej jego skończenie. Emocje są cały czas we mnie, ale musiałem odpocząć, nabrać do tego dystansu, chwycić chęci. Powiem szczerze, że te sześć dni startowych, sześć etapów, te wszystkie kilometry i metry w górę… po prostu mnie zmęczyły. Tak fizycznie, jak i psychicznie. Nawet jak Ci się dobrze taką etapówkę jedzie, jesteś przygotowany, dobrze się regenerujesz… to w którymś momencie Cię TO dopada. Ale zanim Cię dopadnie, masz niesamowity fun 😀 Bo gonienie samego siebie w Drodze do Celu to super doświadczenie.

Prolog, czyli w pogoni

Część trasy prologu znałem. Dwa lata temu po maratonie w Stroniu Śląskim zrobiłem sobie po trasie rozjazd (!).  Więc na podjeździe na Żmijowiec goniłem swoje waty. Tak samo pod Czarną Górę. Na zjazdowej technicznej sekcji spod masztów goniłem swoją technikę sprzed dwóch lat. Dogoniłem ją na dwóch kołach, bo dwa lata temu… schodziłem 😛 To mnie cieszyło najbardziej 🙂 Wyjechałem na Prologu swoje najlepsze cyferki w sezonie, mimo że powtarzałem sobie, aby się się oszczędzać bo jeszcze pięć ciężkich dni mnie czeka.

186_prolog__T9O0230_tdwpvv

Zjazd z Czarnej Góry

Dostałem od dobrej duszy dobrą radę na regenerację. Właź do zimnej wody z nogami! Miałem strumyk obok domku, więc wieczorami sterczałem tam z piwkiem w ręku przez 10-15 minut 🙂 Chyba pomagało. Do tego jeszcze stół do masażu i następne minuty, tym razem katorgi dla nóg, pod “czułymi” rączkami masażystów 😛 Ale za to później jaka ulga.


Etap 1, czyli skrótem też jest ciężko

Po nocnych opadach etap skrócony. Miało być łatwiej. Jeżeli łatwiej, to wolę nie myśleć jak miało by wyglądać ciężej. Niby tylko 50 km dookoła Stronia. Ale…

Jak wydaje ci się, że jesteś w sektorze z przodu, ale to tylko ci się wydaje. Bo nie pomyślałeś o wynikach drużyn. I lądujesz na końcu ostatniego sektora. Więc się przeciskasz…

Nie przeciśniesz się na tyle daleko, żeby nie trafić na wielki korek na pierwszym podjeździe. Więc butujesz ten podjazd dobre kilka minut razem z innymi w ogonie…

Gonisz i ciśniesz szaleńczo, bo nie pamiętasz w ferworze walki, że to dopiero drugi dzień…

Ale to jednak jest już drugi dzień, po mocnej jeździe dzień wcześniej… to jednak jest ciężko 🙂


Etap 2, czyli szlak graniczny to największe ZUO

Zaczyna się prawdziwa jazda. Wcześniej były góry, były podjazdy, były zjazdy, było ciężko. Ale nie było jednego… Nie było szlaku granicznego. To znaczy był dzień wcześniej, ale w porównaniu do tej przeprawy to była krótka, ledwo zauważalna popierdółka i przedszkole MTB. Bo szlak graniczny w wydaniu z tego dnia to samo ZUOZajebiście Upierdliwy Odcinek 😀

Pierwszy długi podjazd na Czernicę to bajka dla moich nóg. Po dwóch dniach wspinają się wspaniale. Cały czas równą kadencją utrzymując bez problemu dla takich długich podjazdów 260-270W. Mijam innych zawodników jak w transie. Co raz słyszę: “dawaj PtaQ, dawaj!”. Miłe 🙂

Ale zjazd to już nie przelewki. Ciężko technicznie i dostaję w dupę. A później właśnie zaczyna się ZUO. Kiedy jedziesz naprawdę trudnym technicznie odcinkiem caly czas góra-dół, cały czas kamienie, korzenie, uskoki, ciasne zakręty, zmieniająca się nawierzchnia, warunki, cały czas koncentracja na makasa… to po 20 minutach masz już dość. Gdy mija godzina, to już masz ochotę naprawdę zejść z roweru, cisnąć go w krzaki i do Barda wybrać się z buta. A później to już tylko się modlisz, żeby to ZUO się wreszcie skończyło. Kończy się po półtorej godzinie męczarni. Masz na liczniku prawie 3 h jazdy, a przejechane dopiero 34 km. Połowa dystansu… płacz… kurtyna… 🙁

13735521_1220053294694698_990897610235486839_o

Szlak graniczny…

Dalej na szczęście jest już szybciej. Ale po drodze Borówkowa. I co z tego, że w dół, jak już nie daję rady. Ręce wysiadają. Staję dwa razy, żeby odpocząć i żeby krążenie wróciło. Zjazd z Borówkowej to masakra. Znów dostaję w dupę przez brak techniki.

Na koniec jeszcze jeden długi podjazd, zgubiona droga na zjeździe, strata kilku minut. Później podjazd pod Kapliczkę i zjazd Drogą Krzyżową do Barda. Ostatnia hopa (kilku się tam ostro pobiło) przeleciana i kilkaset metrów uliczkami na finisz.

Meta po pięciu godzinach. Ten dzień zapamiętam długo.


Etap 3, czyli może będzie trochę lżej?

Z założenia najłatwiejszy, najkrótszy i najszybszy etap z Barda do Głuszycy. Ale jak po drodze zalicza się Srebrną Górę, Kalenicę, Wielką i Małą Sowę to łatwo być nie może. I nie jest. Zmęczenie już odkłada się w nogach, zresztą w głowie także. Jadę trochę już w transie, po prostu kręcąc. Pomagają znajomości z trasy. Przewijają się Ci sami ludzie i już powoli każdy każdego kojarzy. Idziemy pod Kalenicę – gadamy. Mielimy pod Sowę – gadamy.

Technicznych odcinków tego dnia dużo. Powolnego mielenia dużo. Butowania dużo. Wrażeń też dużo 🙂

13582111_1220368321329862_643604329892123849_o

Wiadukt pod Srebrną Górą

Szybki zjazd z Sowy o dziwo już mi jakoś idzie. Puszczam się szybciej, lepiej wybieram drogę, jestem mniej spięty. Widzę różnicę w mojej technice zjazdu 🙂

Za Włodarzem zaczyna padać, później lać. Zjazd do mety na mokro. Niby “tylko” 3,5h jazdy… ale jakoś strasznie tego dnia się dłużyło.


Etap 4, czyli transfer

Z Głuszycy do Karpacza, prawie 90km. Po doświadczeniach dni poprzednich nastawiam się na minimum 6h jazdy. O dziwo dużo łączników asfaltowych, niewiele trudności technicznych na zjazdach skraca mi ten etap do równo 5 godzin. W tej kwestii co etap, to zaskoczenie 🙂 Tutaj zapamiętam na pewno pionową ścianę zjazdu ze szlaku granicznego w okolicach Chełmska Śląskiego. Schodzić było bardzo trudno, dobrze że to krótki odcinek 😛

13767178_1220962611270433_2414566220865580172_o

Gdzieś na trasie 4 etapu

Trasy są tak różne i zaskakujące swoim charakterem, że nie jestem w stanie przewidzieć, czy będę jechał ze średnią 10 km/h czy 18 km/h. Tego dnia nadzwyczaj dobrze mi się jedzie… aż do przedostatniego podjazdu. Tam kryzys i odpuszczenie grupy, z którą praktycznie jechałem od początku. Ładowanie na ostatnim bufecie, żeby uzupełnić zapasy energii. I jakoś pokonać ostatnie kilometry w górę. Udaje się dojechać do końca i jak się okazuje wynikowo to najlepszy mój etap. 48  Open i 10 w swojej kategorii. W generalce ląduję na 12 pozycji i do TOP10 brakuje mi tylko 4 minut. Będzie co poprawiać dnia następnego… i ostatniego.


Etap 5, czyli TO finał

Ale dnia ostatniego dopada mnie właśnie TO. Te TO oznacza… Totalne Osłabienie 😛 Już pierwszy podjazd w Karpaczu daje do zrozumienia, że to będzie słabszy dzień. Nogi nie kręcą. Przez wszystkie poprzednie etapy pierwsze podjazdy na “dzień dobry” wchodziły mi na 270-280W. Teraz ledwo kręcę 240-250 i więcej nie mogę. Nie ma już łykania konkurentów i przesuwania się do przodu. Jest walka o utrzymanie pozycji.

Staje się to, czego można było oczekiwać po etapówce w górach. Tego dnia lepiej mi idą zjazdy, niż podjazdy 🙂 A było tego dnia co zjeżdżać, od było. Wielkie “telewizory” czyli kamienie wielkości staromodnych kineskopów, trudne technicznie odcinki, sporo błota, korzeni, luźnej nawierzchni. Trochę popadało, więc jest więcej błota niż w poprzednie dni. Posłuszeństwa zaczyna odmawiać sprzęt. Zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli nic Ci nie nawali przez pierwsze pięć dni etapówki… to szóstego możesz się spodziewać że nawali Ci wszystko 🙂 Aż tak źle nie było. Ale manetka całkowicie przestała pracować z tylną przerzutką. Nieźle musiałem kombinować, żeby w miarę płynnie i skutecznie zmieniać biegi. Nie zawsze się to udawało, co oznaczało przestoje.

Inni mieli jeszcze gorzej. Na przykład drużyna z Votum Wrocław. Na poprzednich etapach jak ich doganiałem i udawało mi się z nimi jechać, to było dobrze. Poznawaliśmy się już na trasie. tego dnia dogoniłem ich… gdy stali z boku z urwanym hakiem przerzutki. Pomogłem, tzn. mój telefon stał się łącznikiem. Dzięki temu, jak się dowiedziałem później na afterparty, udało się ściągnąć serwis, coś naprawić na szybko, chłopaki dojechali do mety i obronili trzecie miejsce w generalce. Nice 😀

Dla mnie to oznaczało kilka minut w plecy, ale tego dnia nie miało to już znaczenia. Więcej straciłem na zjeździe z Karkonoskiej. Puszczono nas ekstremalnym szlakiem z zawodów enduro (DH Sucha Góra). Zaliczyłem niezłe OTB, po którym… rozpadło mi się jarzemko sztycy. Siodełko poleciało w krzaki, łódeczka i śrubki także. Dobre kilka minut straciłem na znalezienie wszystkiego w jagodach, a później złożenie. I jeszcze trzeba było ten szlak pokonać do końca. A to chyba był najtrudniejszy odcinek całego wyścigu. Albo ja już taki zmęczony byłem, że nic mi nie wychodziło. Błoto było momentami po osie 🙂 Później jeszcze pozostał podjazd Drogą Chomontową, oj jak tam wszystko bolało! Na liczniku już ponad 4h jazdy… a do mety jeszcze daleko. Powiem szczerze, że głowa wtedy zaczynała już mi szwankować 😛 Dojadę, dojdę, doczołgam się… a może zrezygnuję?

13668669_1222309984469029_6110364159378865248_o

Poharatany, poobijany, opatrzony przez ratowników (rozwalona, krwawiąca piszczel i kolano) jakoś przeżyłem tą ostatnia godzinę, zaliczyłem jeszcze agrafki, przeżyłem ostatnią hopę Challenge’u i… dojechałem wreszcie do mety 🙂 Pokonanie 55km ostatniego etapu zajęło mi… 5 godzin i 15 minut jazdy. Katorga 😀

Nie ważne tego dnia były straty, ból, szwankujący sprzęt. Ważne, że dojechałem, skończyłem i zostałem Finiszerem 😀 Euforię na mecie trudno opisać, łezka mi chyba poleciała i się trochę rozkleiłem 😛

Pozostał jeszcze wieczorny bankiet, gratulacje, rozmowy. I ponad jedenaście godzin snu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle spałem 😀


Sprzęt

Spisał się dobrze, a wręcz rewelacyjnie. Zmiana opon na Spece Ground Control okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie złapałem żadnego kapcia. Opony trzymały rewelacyjnie w każdych warunkach. Zaskoczyły mnie jeden raz, podczas ostatniego etapu, zaliczając niekontrolowany poślizg na błotem pokrytej półce skalnej. To był jedyny groźny, gwałtowny upadek przy większej prędkości. Ale w tych warunkach żadna opona by się nie utrzymała, chyba że kierowałby nią naprawdę dobry jeździec. Tego dnia ewidentnie dobrym jeźdźcem nie byłem 😛 Poza tym miałem wrażenie, że jedzie mi się zdecydowanie lepiej i pewniej, niż na Rocket Ronach.

O dziwo wytrzymał też napęd i nie sprawiał większych problemów. Oprócz ostatniego etapu, gdzie manetka przestała współpracować z tylną przerzutką i musiałem nieźle się namęczyć, żeby przełożenia wchodziły. Kosztowało to trochę nerwów i czasu. I co jak co, ale na zwykłej XX bez sprzęgła w górach się jeździć nie da 😛 Łańcuch lata jak dziadowski bicz i wali po ramie niemiłosiernie. Na szczęście spadł tylko kilka razy.

W czasie wyścigu (chyba po 2 etapie) Czesi wymienili mi tylko linki. Serwis po wyścigowy wykazał, że w zasadzie wszystko jest wporzo, nawet klocki się jeszcze trzymają. Jedyne co wykazywało już duży stopień zużycia (po łącznie półtora sezonu jeżdżenia i kilkudziesięciu startach) to blat. Pozostało pytanie, czy da się jeszcze jeździć i czy wytrzyma do końca sezonu (dziś już wiem po MK w Supraślu, że nie wytrzyma).

W skrócie

13886514_1238930052807753_7385368677329247415_n

Sześć dni ścigania, z których każdy etap to jak odrębny maraton. Sześć maratonów pod rząd 🙂 Nieźle. I to maratonów nie byle jakich, górskich wyryp po średnio 4 godziny ścigania 😛 Łącznie 350 kilometrów tras, ponad 12 tys. metrów przewyższeń i łącznie prawie 24 godziny (doba!) w siodle. Niesamowita przygoda i niesamowite doświadczenie. Coś co na długie lata pozostanie mi w głowie. I duma z osiągniętego Celu. Przyjechałem, przejechałem, zwyciężyłem! Dogoniłem sam siebie, swoje cele i marzenia. W całkiem niezłym stylu przejechałem jedną z najcięższych etapówek w Europie 😀

W przyszłym roku dla odmiany planuję… Beskidy MTB Trophy 😀

 

Zdjęcia: Alina Sosnowska, BikeLIFE

 

  • DSC07077 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC07197 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 186 prolog  T9O0230 tdwpvv - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 091 prolog  O0C7180 ampbqd - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 095 prolog  O0C7200 fhbyhb - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 208 prolog  T9O0348 aqzybp - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 102 prolog  O0C7251 rmzwvr - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 027  O0C7203 mdbbkm - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC07515 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13724876 1765700130335472 1777490966622880759 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13708273 1219057721460922 2033918715786295118 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13735521 1220053294694698 990897610235486839 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13582111 1220368321329862 643604329892123849 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13767178 1220962611270433 2414566220865580172 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13668669 1222309984469029 6110364159378865248 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC07955 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC07946 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC07834 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13641067 1222310674468960 5282447496292485170 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13640899 1222310871135607 5032176819765622737 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13731830 1222310917802269 8521883082587333216 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13661816 1222311234468904 366294235084866818 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13724004 1222310761135618 5653958988491343000 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC08915 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • DSC08947 - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu
  • 13640896 1222311617802199 7305030402208917247 o - Sudety MTB Challenge, czyli dotarłem do Celu