Pojechałem na urlop. Bez roweru. To znaczy do samolotu wsiadałem bez roweru, ale na miejscu rower miałem i jeździłem 🙂 Wiele było w ciągu tego greckiego tygodnia zdziwienia i pytań: skąd, jak, gdzie, ile? Czyli standardowy, podróżniczy zestaw ewentualnie zainteresowanych powtórzeniem tripa na rowerze po kreteńskich górkach 🙂 Idąc za tym zainteresowaniem i pytaniami krótka historia moich greckich wakacji na rowerze, wraz z odpowiedziami na zadawane w ich trakcie pytania.

Brać, czy nie brać?

Oto jest pytanie 🙂 Bo zawsze to rodzi problem na dwóch frontach. Po pierwsze taszczenie roweru ze sobą. Zapakowanie w odpowiedni kufer, torbę, ewentualnie karton i odpowiednie zabezpieczenie. Z tym można sobie poradzić. Gorszy jest transport, jego organizacja i wcześniejsze ogarnięcie tak, żeby dodatkowy pakunek jednak ostatecznie przetransportować do miejsca przeznaczenia, czyli hotelu, apartamentu, domu. Czasami wiele kilometrów.

Problem drugi, podejście. Czy wakacje mają być rowerowe, czy jednak stacjonarne? Czy wypoczywać na całego, odciąć się od aktywności, leżakować nad basenem z wyciągniętymi nogami, sączyć drinki, czy jednak wykorzystać okazję, wolne godziny i robić kilometry. Tu jeszcze dochodzi kwestia tolerancji rodziny na takie pomysły, bo niby jesteśmy razem na wakacjach “a Ciebie znów nie ma”.

View this post on Instagram

Trochę słońca 😆🌞👍#crete #mojegreckiewakacje

A post shared by Adam (@ptaqnabajq) on

Tolerancja w tym wypadku i dogadanie się ze swoją drugą połową to podstawa. Nic tak nie zepsuje wakacji, jak dąsy, pretensje i brak zrozumienia. Oczywiście najlepszy tu jest złoty środek. Nie całodniowe, codzienne, wycieczki gdy znikamy z oczu od wschodu do zachodu słońca. Umiar jest tu jak najbardziej wskazany. Szczególnie jesienią, gdy słowo “roztrenowanie” jest szczególnie popularne 😉 Ja na szczęście mam baaardzo tolerancyjną i kochającą drugą połowę, która bez problemu rozumie moją potrzebę w tym względzie. A ja tak ustawiam czas mojej nieobecności, że nie przekraczam granic wakacyjnej tolerancji. Tolerancja (obustronna) w wakacyjnej sytuacji to słowo-klucz 🙂

Wygoda to na wakacjach drugie słowo klucz. Także w kwestii taszczenia ze sobą roweru. Nie taszczę, nie męczę się, nie kombinuję. Poszedłem na łatwiznę. Rower miałem… ale wypożyczony na miejscu.

Rent a bike

Kilka razy wcześniej na rodzinnych wakacjach zakładałem, że będę jeździł. Pakowałem strój, kask, buty. Z zamiarem znalezienia czegoś odpowiedniego na miejscu. Przecież wypożyczalnie to nie problem, z reguły są. Błąd. Nigdy mi się to nie udało. Wypożyczalnie oczywiście “gdzieś” są. Ale jak chcesz się kogoś podpytać, znaleźć, do nich dotrzeć, to okazuje się to problematyczne. Na szperanie w necie na miejscu albo nie ma czasu, albo internet w hotelu jest tragiczny. Z recepcją często trudno się dogadać. Oczywiście zapewni Cię, że wypożyczalnie są, rowery są, ale gdzie, jak trafić i najważniejsze: jakie to są rowery, to już ciężko dociec. Kiedyś wierząc w zapewnienia o super rowerach i dobrej wypożyczalni trafiłem do prawdziwej graciarni sprzętów sprzed dziesięciu lat, z góralami ze średniej półki marketowej. Wyobrażenie ludzi nie jeżdżących o “dobrym rowerze” daleko się rozmija z oczekiwaniami trenującego poważnie amatora 🙂

View this post on Instagram

#mojegreckiewakacje #crete #holidays #sea #blue #sky

A post shared by Adam (@ptaqnabajq) on

Tak więc z reguły moje założenia dotyczące robienia rowerowych kilometrów kończyły się w fitness klubie na wypacaniu długich minut na rowerze stacjonarnym. Tudzież porannym bieganiu, którego nie lubię 😛

Tym razem przed wylotem na Kretę postanowiłem zadziałać z wyprzedzeniem i znaleźć odpowiednią wypożyczalnię a także rower wcześniej.

Olimpic Bike

Powiem szczerze, że wcale nie łatwo było znaleźć odpowiednią wypożyczalnię i rower szosowy. Po przeglądnięciu kilku stron, przeszukaniu parku maszyn, warunków wynajmu, przeanalizowaniu możliwości wybór padł na Olimpic Bike.

Przede wszystkim mieli rowery szosowe 🙂 Szosa w warunkach wakacyjnych jest według mnie lepsza. Dlaczego? Bo trudniej się zgubić. Jednak planery do planowania, jak na Stravie, mapy w Garminach, Google Maps, opiera się przede wszystkim na utwardzonych asfaltem szosach. Łatwiej zaplanować, ocenić (dzięki Street View w Googlach), oszacować czas przejazdu po asfaltach. W terenie nigdy nic nie wiadomo. Poza tym z terenu człowiek może wrócić utytłany, uwalony błotem czy kurzem. Rower z reguły wygląda podobnie. Nie mówiąc już, że w terenie, szczególnie nieznanym, jest jednak bardziej niebezpiecznie. Więc w takich warunkach zdecydowanie wygrywa szosa 🙂

View this post on Instagram

#bikeride #road #mountains #crete #mojegreckiewakacje

A post shared by Adam (@ptaqnabajq) on

Olimpic Bike oferuje rowery Scott i taki też mieli w ofercie rower szosowy. Scott Speedster 20 Disc, aluminiowa rama, karbonowy widelec, osprzęt Shimano 105. Dobry, solidny sprzęt średniej półki. Na kilka dni wakacji jak znalazł. Od razu jest napisane, że trzeba wziąć ze sobą własne pedały. Z rowerem, wybierając odpowiednie opcje można wypożyczyć dodatkowo kask, pompkę, zestaw naprawczy, zapięcie a nawet GPS za dopłatą. Ja ze sobą zabrałem jednak własny kask, Garmina, oczywiście buty, strój, inne gadżety i oczywiście pedały.

To co najważniejsze w ofercie tej wypożyczalni to możliwość dowiezienia roweru w wyznaczone miejsce. I oczywiście później odbioru.

To ile za fatygę?

Wypożyczenie roweru na trzy dni to 70 Euro. Ja na tyle właśnie wziąłem, w środku pobytu na Krecie, zgodnie z zasadą równowagi i tolerancji w rodzinie. Pozostałe cztery dni były bez roweru 🙂 Oczywiście im dłuższy okres wypożyczenia, tym mniejsza cena za dobę. Sześć dni na przykład kosztuje na przykład 115 Euro. Z tym że to nie wszystkie koszty. Przy szosówce Scotta był dopisek o dopłacie. Nie wiem z jakiego tytułu, ale pewnie jakoś inaczej ten rower liczą 😛 Dodatkowo przyjemność dowiezienia i odbioru roweru pod wskazany adres (do hotelu) kosztuje po 25 Euro za operację.

Ostatecznie po wysłaniu formularza z rezerwacją roweru, wyborem opcji itd. po dwóch dniach doszedł mail ze szczegółami. Niezwykle miły Markos potwierdził rezerwację roweru, wyjaśnił i opisał co i jak. A także poprosił o przelew kwoty 129 Euro na wskazane konto bankowe. Dużo. Ponad 40 Euro za dobę. Czyli tyle ile za średniej klasy kompaktowy samochód. Czy za dużo?

Oceniłem, że nie. Wiedziałem jaki rower dostanę, że dostanę go dokładnie wtedy kiedy chcę, że nie będę musiał kombinować z transportem. Pewnie, że mógłbym za 20 euro za dobę wypożyczyć “coś”, najpewniej jakiegoś trekinga czy górala i się męczyć. Mógłbym kombinować z transportem i zaoszczędzić 50 Euro na dostarczeniu/odbiorze Scotta. Ale do tego celu także przecież musiałbym wypożyczyć odpowiedni samochód (czy rower by się zmieścił?), pojechać do Rethymnonu, poświęcić swój czas. Więc oceniłem, że mimo wszystko warto. Warto za pewność, za wygodę, za ten cały “serwis”. Że to ostatecznie nie jest dla mnie za dużo.

No to jazda!

Ostatecznie się nie zawiodłem, wszystko wyszło super i zgodnie z założeniami. Rower czekał na mnie pod hotelem już w poniedziałek wieczorem. W bardzo dobrym stanie, widać że zadbany, ze wszystkimi dodatkowymi opcjami które dobrałem. Recepcja zgodnie z dyspozycją wypożyczalni wydała mi torbę z pompką, torebką podsiodłową, papierami dotyczącymi wypożyczenia i kluczem do zapięcia roweru. Speedster stał przed wejściem do hotelu przypięty do palmy porządnym całkiem lockiem. Trochę ciężkie kowadło to było, ale ileż satysfakcji mi dało na tych kreteńskich podjazdach, górkach, przełęczach i zjazdach. Byłem w górach, na rowerze i tylko to się liczyło! 🙂

We wtorek od razu z rana wskoczyłem na szoskę i pomknąłem na krótki, wprowadzający i dla rozruszania nogi trening. Wcześniej na Stravie opracowałem kilka trasek, popatrzyłem na segmenty i na heatmap okolic. Jakże inaczej to wygląda na mapie, jak inaczej w rzeczywistości. Wpadłem w prawdziwe góry 🙂 Mimo założenia nie za bardzo górzystej trasy na 42 km wpadło prawie 700 metrów przewyższenia. Wpadło po drodze przepiękne miasteczko Mohos, wpadł zjazd (wjazd) z Mohos na Stalidę z przepięknym widokiem na wybrzeże.




To co nie grało według założeń, to pogoda. Było wietrznie (na morzu był wręcz sztorm z kilkumetrowymi falami), było chłodno. Około 16-18 stopni, słońce schowane za chmurami, w górach o kilka stopni mniej i naprawdę zimno na zjazdach. Na szczęście wziąłem rękawki, długie rękawiczki. Miałem nawet nakolanniki i kamizelkę, z których nie było potrzeby jednak korzystać. Aż tak nisko pogoda na Krecie nie upadła 🙂 I z dnia na dzień było ładniej, cieplej, by w ostatnich dniach naszych wakacji pogoda wpadła wreszcie na prawidłowe tory i pokazać pełnię słońca i temperatury sięgające 30 stopni 🙂

Płasko w górach, czyli Płaskowyż Lasithi

Drugiego dnia zaplanowałem dłuższą wycieczkę. Tak żeby zrobić ponad setkę i dwa tysiączki w górę. To co było ciekawe w zasięgu takiego tripa to Lasithi Plateau. Byłem tam kilkanaście lat temu, podczas swojego pierwszego pobytu na Krecie. Pamiętałem jak autokar wspinał się w góry… by wyskoczyć ostatecznie na płaskim jak stół płaskowyżu położonym na kilkuset metrach n.p.m.

Rowerem to wspinanie wyglądało oczywiście jeszcze inaczej 🙂 Na początek podjazd z Malia na Krasidi, trochę wypłaszczenia i jeszcze dalej na 900 metrów na Lasithi. A tam… tak jak pamiętałem. Płasko jak stół. Ciekawe miejsce. Objechałem dookoła, wypiłem kawkę na przełęczy i robiąc drugą część wycieczki wróciłem po prawie 5h do hotelu. Trochę już człowiek bez formy, więc taka górska wycieczka lekka nie była. Nie powiem, zjechałem się 🙂





Drugiego dnia na rozjazd zrobiłem krótszą trasę, będącą powieleniem tej z dnia pierwszego ale w drugą stronę. Podjechałem więc do Mohos ze Stalidy. Porównując dwa podjazdy z wybrzeża, dla zainteresowanych powiem, że ten ze Stalidy do Mohos jest o wiele ciekawszy widokowo, ale łatwiejszy od podjazdu z Malia na Krasidi. Ten pierwszy to nieco ponad 7km o stałym, jednostajnym i bardzo miłym nachyleniu 5-5,5%. Ten drugi zaczyna się się spokojnie, ma 8km długości i w drugiej części kilka ścianek po nawet kilkanaście procent, by utrzymać średnie nachylenie około 7%. Na spokojnie około 40 minut wspinaczki podczas której można się chwilami wypruć 🙂

Greckie drogi

A jak się jeździ po greckich drogach? Wbrew temu co się mówi i widzi, jeśli chodzi o kierowców, to w miarę bezpiecznie. Oczywiście to wariaci 😛 Jak wszyscy południowcy jeżdżą gwałtownie, na klaksonie, naginają lub wręcz łamią przepisy. Można by było powiedzieć, że nie brak im ułańskiej fantazji i temperamentu za kółkiem 🙂 Ale osobiście nie miałem ani jednej niebezpiecznej sytuacji. Ani jednej mijanki “na gazetę”, wymuszenia, zepchnięcia, czy nawet klaksonu. Przejechałem prawie 200 km i 8h rowerem bez żadnego problemu. To dotyczy tak zatłoczonej trochę drogi nadmorskiej, jak i wąskich i krętych dróg w górach. Te lokalne są (o tej porze roku, zaznaczam) w zasadzie puste. Naprawdę niewiele samochodów, niewielki ruch. Kierowcy wyprzedzają bezpiecznie, kiedy trzeba poczekać, poczekają. Nie śpieszą się, nie poganiają, nie przeciskają i nie ciskają 😛 Miasteczka wymarte i puste. Komfortowe warunki do jazdy szosowej 🙂

Co do samych asfaltów… to one takie bardzo polskie są 🙂 Są odcinki naprawdę dobre, ale lokalne drogi w górach z reguły są nie najlepszej jakości. Dziur nie ma, ale popękane, nierówne, często wprowadzające rower w drgania. W mojej ocenie gorsze trochę od tych hiszpańskich z okolic Calpe. Na pewno gorsze od asfaltów podlaskich, ale już od tych z centralnej Polski często lepsze.

Dziwne jest to, że po tych drogach nie jeżdżą… kolarze. Przez pierwsze dwa dni nie spotkałem nikogo. Dosłownie: nikogo na rowerze! Kolarska pustynia dosłownie. Może to kwestia pogody była? Bo trzeciego dnia najpierw spotkałem parę na trekingach, później już na powrocie trzech mastersów na szosach. A w piątek podczas wycieczki już samochodem na wschód Krety grupę kilkunastu kolarzy na ustawce 🙂 Czyli jednak ktoś po tych pięknych górach jeździ na rowerze.

Jeszcze jedna kwestia. Wypożyczalnie na miejscu. Byłem w okolicach Chersonissos. Widziałem dwie. Głównie rowery górskie MTB, jakieś nieznane marki, wyglądające na takie podstawowe budżetowe kowadełka. Trochę trekingów, sporo rowerów typowo miejskich. Żadnej szosówki. Gdyby więc nie wcześniejsze zabiegi o wypożyczenie szosówki, to pewnie skończyłoby się jak zwykle. Na rowerze w siłowni 😛


W komentarzach pod postami na moim FB było trochę dyskusji i informacji w temacie. Wojtek rzucił, że zna wypożyczalnię w Chanii, a Joanna podrzuciła link do wypożyczalni w Agios Nikolaos. 

Αντίο!

Trzy dni na rowerze musiały mi (zgodnie z założeniem rodzinnych wakacji) wystarczyć. W październiku w zupełności wystarczyły. Taki czas, że warto od roweru odpocząć, choć skorzystać z okazji bliskości gór, też warto 🙂 Więc wykorzystałem góry, pobyt na Krecie, zrobiłem trochę kilometrów, poznałem lokalny koloryt z perspektywy roweru. Kreta to naprawdę piękna wyspa, super tereny do jeżdżenia, górskie krajobrazy. Mam nadzieję, że odpowiedziałem na większość pytań które padły w trakcie mojego rowerowania po Krecie. Gdyby jakieś jeszcze były, ktoś miał jakieś wątpliwości, chciał znać szczegóły lub o czymś zapomniałem wspomnieć, proszę pytać śmiało. Postaram się odpowiadać, jeśli tylko doświadczenie i pamięć pozwoli 🙂