Kropla potu powoli spływała po policzku, znacząc go lśniącym znakiem. Tylko niewiele bardziej lśniącym w świetle jarzeniówek, niż cała mokra twarz.

Wszystkie pory skóry produkowały swoją małą dawkę potu. Kilka takich mikro dawek połączyło się w małą kropelkę. Kilka małych kropelek w dużą kroplę, którą siła grawitacji zaczęła kierować w dół. Czuć ją było najpierw na czole, później jak prześlizgiwała się obok oczodołu. Pochylona głowa sprawiła, że policzek był jej ostatnim przystankiem. Kropla odrywała się od niego powoli, bez pośpiechu. Przedłużając swój żywot na skórze, trzymając się jej kurczowo. Ale grawitacja była silniejsza. Bezwzględna. Oderwała bez skrupułów kroplę i skierowała ją prosto w dół.

kropla-potu

Kropla rozprysła się o wyrzucone w gwałtownym ruchu do góry kolano. Znów się rozdzieliła na niewielkie kropelki, jak u początków swego krótkiego istnienia. Kolano także było mokre, lśniło tysiącami małych kropelek potu, dokładnie tak jak twarz. Tak jak wszystkie odkryte części ciężko pracującego ciała.

Cicho pracujący wiatrak i wytwarzany przez niego powiew powietrza nie na wiele się zdawał. Zamknięte pomieszczenie było mimo wszystko duszne. Nie dawało swobodnie oddychać, nie potrafiło dostarczyć żadnego orzeźwienia. Nie było porannym plenerem, szosą skąpaną w pierwszych promieniach słońca. Nie było rześkim powiewem porannego wiatru.

Nogi pracowały w swoim rytmie. Kolana poruszały się góra-dół w ciągłym tańcu. Jak dwa tłoki, których jedynym celem jest napędzać. Których nie można zatrzymać. Miały swój cel, swoją robotę do wykonania. Generowały moc.

Pochylona głowa, otwarte usta, z których wydobywał się ciężki oddech, przechodzący powoli w charkot. Krótkie, urywane, głębokie dźwięki wydobywające się z gardła. Im mocniej nogi pracowały, tym oddech stawał się cięższy, szybszy, a dźwięki głośniejsze.

Oczy wpatrujące się w cyfry. Zaraz koniec. Jeszcze jedna minuta. Ostatnia z dwudziestu. Najgorsza, najcięższa. Wymagająca wydobycia ostatnich pokładów energii, siły woli, ostatnich rezerwowych watów mocy. Nogi pracują jeszcze szybciej, mocniej naciskając na pedały. Oddech staje się coraz szybszy, całe ciało zaczyna tańczyć w rytmie pracy nóg, przechylając się na boki. Magnetyczny system oporowy urządzenia zaczyna wyć coraz głośniej. Finisz się zbliża, kulminacja, kreska. Brakuje tylko dopingującego ryku kibiców.

Jedynymi kibicami są cyfry zmieniające się na wyświetlaczu Pana G. Pędzą, uciekają, zmieniają się. Uciekający czas gonią zmieniające się waty. Jeszcze trochę, jeszcze jeden, może dwa. Jeszcze dziesięć sekund. Wskazanie tętna dotyka granicy, a walące w piersiach serce potwierdza, że to już granica nie do przebicia. Ostatnie sekundy to już ciągły ryk wydobywający się z gardła i wycie urządzenia…

20:00… wciśnięte “lap” Pana G. Koniec. Opór wrzucony na najmniejszą wartość, łańcuch spada na małą tarczę z przodu. Nogi zaczynają pracować bez obciążenia, lekko, powoli, jakby w zwolnionym tempie. Wszystko nagle ucicha. Tylko przyśpieszony oddech i falująca pierś wybijana ciągle szybkimi uderzeniami serca mówią, jak jeszcze przed chwilą ciężko pracowało całe ciało. Ale i one powoli zwalniają.

Jeszcze jedna kropla powoli spływa po czole. Spływa na nos i odrywa się dokładnie tak samo, jak dziesiątki wcześniejszych, pod wpływem grawitacji. Spada na wyświetlacz Pana G., na cyfry które się wreszcie zatrzymały. Skończyły swoją pogoń. Pogoń za wynikiem, który został zapisany. Trafił do dzienniczka treningowego. Będzie drogowskazem na najbliższe tygodnie.

256 Wat. Tylko tyle i aż tyle. Dwadzieścia minut męki i bólu, żeby można było zapisać ciąg tych trzech cyfr. Drogowskaz.