Zawaliłem koniec sezonu na całej linii. Na szczęście nie startowo 🙂

Zawaliłem w odniesieniu do wpisów na blogu. Ostatnie cztery starty sezonu nie doczekały się swoich opisów i podsumowania. Wytłumaczeniem moim jest intensywność i nawarstwienie się tych wyścigów (a więc także wyjazdów z nimi związanych) w krótkim okresie czasu. W zasadzie we wrześniu mnie w domu nie było 😛 I w zasadzie wszędzie miałem daleko, wyjazdy weekendowe, dużo drogi, mało czasu w tygodniu na ogarnianie innych spraw poza najważniejszymi. Wpisy musiały poczekać. A wiadomo, jak się coś odłoży na półkę, to się zakurzy i można zapomnieć.

A koniec sezonu naprawdę był intensywny. Cztery wyścigi pod rząd, tydzień po tygodniu, w tym trzy w górach. Zakończenie sezonu z przytupem 🙂

Górskie Szosowe Mistrzostwa Polski Masters

Hasło rzucone w lipcu po Tatra Road Race zakiełkowało i rozkwitło we wrześniu zielonym kartonikiem kolarskiej licencji Mastersa 🙂 Licencji z moim nazwiskiem i zdjęciem.

Sama koncepcja startu w jakichkolwiek mistrzostwach jest w moim wypadku jak wybieranie się z motyką na słońce. Wszak żadnych szans na koszul nie mam. Ale nie chodzi tu o dotarcie na słońce, tylko sama możliwość pomachania motyką 😛

Górskie Szosowe Mistrzostwa Polski Masters skusiły mnie w tym roku przede wszystkim jednym składnikiem układanki, na którą składa się udany wyścig. Skusił mnie… sam Organizator. Tatra Cycling Events, a więc Cezary Szafraniec i Krystian Piróg, tandem… a w zasadzie cała ekipa, włącznie z ich małżonkami, stojąca za takimi “eventami” jak właśnie Tatra Road Race, Nowy Targ Road Challenge, czy Rajd Wokół Tatr. Za wyścigami, z których każdy jest klasą samą w sobie jeśli chodzi o organizację, trasę, oprawę, zabezpieczenie, emocje i całą otoczkę, która im towarzyszy.


Oczywiście do tego trasa i znów możliwość pościągania się w górach. Co prawda na rundzie, ale z miejscówki i profilu wynikało, że będzie fajnie. Pogoda też zapowiadała się w prognozach świetna i jeszcze całkowicie letnia. Była więc okazja do spędzenia fajnego weekendu w górach.

W piątek po południu przyjeżdża do mnie Piotrek z Białegostoku i po południu prosto z roboty z Koluszek jedziemy na Szaflary. Docieramy jeszcze na tyle wcześnie, żeby zajechać do Biura Zawodów w Maruszynie i objechać rundę mistrzostw. Co prawda wracaliśmy już prawie po ciemku, ale przynajmniej wiedzieliśmy co nas czeka następnego dnia.

  • Na dojeździe do rundy
    Na dojeździe do rundy
  • Maruszyna, na miejscu startu
    Maruszyna, na miejscu startu
  • Jedziemy z Piotrkiem na rundę
    Jedziemy z Piotrkiem na rundę
  • Łapie nas zachód słońca
    Łapie nas zachód słońca
  • Gdzieś w okolicach Skrzypne
    Gdzieś w okolicach Skrzypne
  • Zjazd do Skrzypne
    Zjazd do Skrzypne
  • Słońce zachodzi
    Słońce zachodzi
  • Na powrocie
    Na powrocie

 
A czekała na nas… przede wszystkim piękna, letnia pogoda 🙂 Wrzesień, ale to jak nas ugościł w górach to bajka. Ostatni taki naprawdę słoneczny, gorący i piękny weekend tego roku. Ja nie wiem jakie szamańskie uroki czynią Krystian z Czarkiem, że u nich na wyścigach zawsze pogoda jak na zamówienie. Mają gdzieś jakieś chody 😉

14207731_1426301897399545_7918123919818919239_oWyścig… zgodnie z przewidywaniami 🙂 Noga całkiem nieźle podawała, ale oczywiście do poziomu mistrzowskiego brakuje jej watów. Walczyłem dzielnie na pierwszej rundzie najpierw próbując się utrzymać z najlepszymi, później prowadząc drugą grupę. Następne rundy to już kolarskie szachy i walka na sztywnych, krótkich podjazdach tego dnia. Trasa wymarzona pod rundę mistrzostw górskich, mająca wszystko co trzeba. I nie żałująca widoków na piękne Podhale 🙂

 

Ostatni podjazd ostatniej rundy… to odjazd i mocne ataki. Nogi starczyło na trzecie miejsce z mojej grupy i zostawienie kilku zawodników z tyłu. Wynik nie był tu najważniejszy. Przyjechałem pościgać się w dobrym towarzystwie w górach, spotkać znajomków, spędzić piękny weekend na Podhalu.

Bo została jeszcze niedziela i oczywiście korzystając z okazji zaliczyliśmy z Piotrkiem rozjazd aż po Gubałówkę i Zakopane. Sporo znanych już dobrze odcinków chociażby z TRR, ale jechanych na spokojnie w niedzielny poranek. Kawka z goframi na Gubałowce i mały lans z Zakopcu 🙂

  • Jedziemy na rozjazd
    Jedziemy na rozjazd
  • Piękny poranek
    Piękny poranek
  • Piotrek przodem
    Piotrek przodem
  • Podhale
    Podhale
  • Gubałówka
    Gubałówka
  • Na Gubałówce
    Na Gubałówce
  • Zjazd Salamandrą
    Zjazd Salamandrą
  • W dół do Zakopca
    W dół do Zakopca
  • Giewont
    Giewont

 



Cyklokarpaty Szczawnica

Tydzień później przesiadam się na MTB i znów jadę w góry. Tym razem na przedostatnią edycję Cyklokarpat w Szczawnicy. Góry, prawdziwe góry, wymagająca trasa, nie najgorsza pogoda. Czułem, że noga jest wreszcie naprawdę mocna i nastawiałem się na walkę. I stoczyłem prawdziwy bój 🙂

Trasa była naprawdę super. Jedna z najlepszych jakie jechałem. Niektórzy narzekali, że za dużo szerokich, szutrowych podjazdów, że za mało techniki. Dla mnie było wszystko i taka trasa, dokładnie w takich proporcjach, najbardziej mi odpowiada. Początek od razu pod górę, stawka się ustawia. Jadę mocno, ale nie na maksa. Oszczędzam trochę nogę, bo czuję, że dobrze kręci i mogę przesadzić.

Zaraz potem… pierwszy techniczny zjazd z zaskoczenia. Było co robić i było czego się bać. Ale pokonany bez większych problemów. Jak na górską trasę przystało znów mamy podjazd… tym razem prawie 10 km kręcenia pod Czeremchę. Rozkręcam się coraz bardziej i na następnym podjeździe z Rytra na Radziejową i dalej Wielką Przechybę idę już va-banque. Jadę w okolicach FTP, doganiam z Jackiem na kole następnych zawodników, przeganiam największego mojego rywala w kategorii Mariusza z 72D, cisnę dalej. Jedzie się rewelacyjnie! Na drugiej rundzie nie wymiękam, chociaż wiadomo że waty już mniejsze. Czuję, że jadę po pierwsze miejsce w kategorii (i tak rzeczywiście było) i ta świadomość niesie mnie coraz bardziej. Niestety siodełko nieść mnie do mety nie chciało… 

Na zjeździe około 65km rozpada mi się znów jarzemko 🙁 To samo miałem w Karpaczu. Muszę się zatrzymać, puszczam Jacka przodem. Zbieram części do kupy, wkładam w kieszonkę, jadę dalej ze sterczącą sztycą. Pokonanie kilku następnych kilometrów nie była komfortowe i bezpieczne. Niestety tracę sporo sił i czasu, wyprzedza mnie kilku zawodników. Na 68 kilometrze jest ostatni na trasie bufet. Niestety nikt z obsługi nie ma kluczy imbusowych 🙁 Na szczęście znajduje się jeden zawodnik który ma i mi je użycza. Kilka minut mi zajmuje, zanim udaje się porządnie wszystko złożyć do kupy i zamontować siodełko. W tym czasie przemyka koło mnie Mariusz… Niestety tracę wypracowaną wcześniej doskonałą pozycję. Wskakuję i gonię, gonię ryzykując dużo na zjazdach i mocno, ale ostatkiem mocy pracując na podjazdach. Niestety Mariusza już nie doganiam.

Ale z wyścigu i dyspozycji jestem super zadowolony. Najlepsza noga w sezonie. Na pierwszej rundzie na Wielka Przehybę wjeżdżałem prawie godzinę ze średnią 272 W, czyli w moim wypadku 4 W/kg. A to już jest coś! Pik mocy z 20 minut, początek podjazdu to 287 W, czyli 4,22 W/kg. Najlepszy jak na razie mój wynik na mocy 🙂

Miejsce ostatecznie trzecie. Przegrana przez defekt. Cóż, czasami tak bywa. Ale w tym wyścigu najważniejsza była noga, ogólna dyspozycja i super trasa!

  • Drużynowo przed startem
    Drużynowo przed startem
  • Start
    Start
  • Pierwszy podjazd
    Pierwszy podjazd
  • Z Mariuszem na trasie
    Z Mariuszem na trasie
  • Po korzeniach
    Po korzeniach
  • Na trasie CK Szczawnica
    Na trasie CK Szczawnica
  • Gdzieś w okolicach Wielkiej Przechyby
    Gdzieś w okolicach Wielkiej Przechyby
  • Zadowolony na mecie
    Zadowolony na mecie
  • Dekoracja
    Dekoracja

 



Cyklokarpaty Wierchomla

Tydzień przerwy, następny weekend i znów wycieczka w góry. Zakończenie Cyklokarpat, ostatnia edycja w Wierchomli. Miałem wrażenie, że dobra noga ze Szczawnicy cały czas się utrzymuje i byłem bojowo nastawiony. Chciałem po prostu wreszcie wygrać! 🙂

Pierwszy podjazd potwierdza dobrą dyspozycję. Jadę ponad 20 minut ze średnią 290W, co jest najlepszym wynikiem jaki kiedykolwiek uzyskałem. Nie byłem jeszcze “rozkręcony”, trochę ciężko się jechało i miałem wrażenie że to było balansowanie na krawędzi.

Na drugim podjeździe doganiam całą grupę zawodników 72D i znów Mariusza. Jak zwykle na początku gdzieś jestem z tyłu, a później się dobijam do prawidłowego miejsca w peletonie. Tak też było tego dnia. W odróżnieniu od Szczawnicy, gdzie po prostu odjechałem Mariuszkowi, tu się tasowaliśmy. Podjazdy, na których byłem mocniejszy, były krótsze i doganiał mnie na technicznych zjazdach. Mimo, że zjeżdżało mi się bardzo dobrze i poczyniłem duży postęp w trakcie sezonu, to na prawdziwego górala cały czas to za mało. Natomiast jeśli chodzi o Jacka z drużyny, z którym znów mi przyszło koło w koło jechać i się wspierać, to już zjeżdżamy razem. Jeszcze na początku tego sezonu uciekał mi bez problemu. I to jest największy pozytyw i postęp 🙂

Niestety na 18 kilometrze… znów zawodzi sprzęt. Tym razem nie wytrzymuje manetka tylnej przerzutki. Coś się w środku “ukręca” i przestaje mi przerzucać. Jeszcze ostatnimi ruchami udaje mi się wrzucić łańcuch na środek kasety… a potem manetka tylko już kręci się dookoła 🙁 Przede mną piekielnie sztywny podjazd pod Pustę Wielką z odcinkami po kilkanaście procent. A mi zostaje tylko mała tarcza z przodu i średnia koronka kasety. Gniotę kapustę z kadencją 40-50 obrotów, na stojąco, masakrując przy tym nogi. Nie ma szans, żebym w ten sposób przejechał cały maraton.

Zjeżdżam więc na trasę hobby, zaliczam ostatnie kilometry świetną trasą enduro wzdłuż wyciągu z Wierchomli i zjeżdżam do miasteczka zawodów zgłaszając DNF 🙁 Niestety noga mocna była, być może najmocniejsza w sezonie, ale sprzęt położył mi wyścig. Nie powiem, było to rozczarowanie. Manetka XX do wyrzucenia i generalnie dla napędu to już naprawdę koniec sezonu. Do remontu i wymiany. A może czas wymieniać rumaka? 😉

  • Na pierwszym podjeździe w grupie
    Na pierwszym podjeździe w grupie
  • Na szczycie
    Na szczycie
  • Szybki zjazd
    Szybki zjazd
  • OS zjazdowy
    OS zjazdowy
  • Omijam rampy
    Omijam rampy
  • Po bandzie
    Po bandzie
  • Końcówka do mety
    Końcówka do mety

 



Maraton Kresowy w Gołdapi

Na ostatni start sezonu 2016 i zakończenie cyklu Maratonów Kresowych pojechałem do Gołdapi. Trasa nieznana, pierwszy raz mieliśmy tam jechać. Z profilu wynikało, że miało być w miarę płasko i szybko.

I tak też było. Nie umiem już jeździć takich wyścigów. Naprawdę. Nie moja specyfika. Jazda od początku na maksa, walka o utrzymanie się w czołowej grupie, szarpanie, ataki. Straszna męczarnia jak dla mnie. Odzwyczaiłem się. Jednak specyfika zawodów w górach, gdzie na podjeździe jedziesz swoje i jak masz moc to spokojnie łykasz kilometry i innych zawodników, a na technicznych zjazdach się bawisz, bardziej mi odpowiada.

W Gołdapii po walce na pierwszych kilometrach i trzymaniu się czuba, powiedziałem sobie dość. Odpuściłem, zostałem z tyłu, zacząłem jechać swoje. Wiedziałem, że to oznacza brak ostatecznie brak dobrego wyniku, ale i tak przy tej intensywności daleko bym nie zajechał a obawiam się, że zaliczyłbym niezłą bombę.

Zbudowała się grupa kilku zawodników i w te kilka osób równym tempem jechaliśmy prawie do końca drugiej rundy. Pod koniec trochę mocniej nacisnąłem, oderwałem się i samotnie zrobiłem ostatnie kilometry do mety utrzymując kilka minut przewagi na kresce.

  • Na starcie
    Na starcie
  • W grupie na pierwszej rundzie
    W grupie na pierwszej rundzie
  • Samotnie do mety
    Samotnie do mety
  • Ostatnia hopa przed metą
    Ostatnia hopa przed metą
  • PtaQ leci do mety
    PtaQ leci do mety

 




Oczywiście zająłem ulubione przeze mnie czwarte miejsce w kategorii. Nie mogło być inaczej na koniec sezonu który przeleciał właśnie pod znakiem czwartych miejsc 🙂 Nie zrobiłem też ostatecznie żadnej generalki, czyli spełnił się scenariusz, który nakreśliłem na początku sezonu. I mimo, że w międzyczasie nastawiłem się na zrobienie jej na Cyklokarpatach, to DNF w ostatnim wyścigu w Wierchomli ten plan zapasowy skasował.

Sezon 2016, podsumowanie

Mimo braku “wyników” w postaci większej ilości pudeł, medali czy pucharków, braku wyniku w generalkach, za mną najlepszy i najbardziej intensywny sezon. 23 dni startowe składające się na dwa cykle, dwie etapówki, kilka innych startów. Większość zawodów na MTB i w górach, kilka wyścigów szosowych. Sezon bardzo udany, choć nierówny. Prawdziwa forma przyszła na sam koniec, na ostatnie wyścigi. Noga była wtedy bardzo dobra, a zanotowane cyferki na mocy najwyższe w moich zapiskach. A więc jest progres i mimo czterech krzyżyków na karku jestem w stanie jeszcze więcej z siebie wydusić. I to jest największy pozytyw. Drugim zasadniczym krokiem do przodu są starty w górach i coraz większe umiejętności techniczne na trudnych trasach. Postęp w stosunku do zeszłego sezonu, szczególnie po Sudety MTB Challenge, jest widoczny gołym okiem i po prostu czuję to na każdym kamieniu, korzeniu i zjeździe, który pokonuję. I ta satysfakcja powoduje, że mimo iż lubię szosę i wyścigi po asfalcie, to jednak teren, góry i wyścigi MTB pozostaną moim głównym celem w przyszłym sezonie.

A dokładne plany? Jeszcze w opracowaniu 🙂 Kilka zmian będzie. Bo tak to ze mną jest, że będę chciał spróbować znów czegoś innego i nowego 😀