Przez pierwsze moje sezony startowe pierwsze ściganie zwykle wypadało w maju, tradycyjnie w długi weekend majowy. Dopiero w zeszłym roku zacząłem jakoś wcześniej, bo już w kwietniu. W tym roku także powtórzyłem ten schemat i zaliczyłem dwa maratony: MTB CrossMaraton w Chęcinach i MTB Mazury w Giżycku. A miał być nawet i trzeci, niestety na dłuższą metę wiosenna pogoda w tym roku nie dopisała. W Chęcinach mieliśmy słońce i ponad 20 stopni, niestety później wiosna się załamała, wycofała i ustąpiła pola powracającej zimie. Mieliśmy śnieg w górach, mieliśmy minusowe temperatury, wiatr, deszcz, odwoływane maratony lub kasowane ich najtrudniejsze (najczęściej najwyżej położone) odcinki, skracanie trasy. W tych warunkach nie zdecydowałem się na start ani na Cyklokarpatach w Jaśle, ani na Świętokrzyskiej w Daleszycach. Oswajałem się na powrót z zimą w domu 😉

Dwa pierwsze starty to przetarcie i badanie formy, która to jasne, nie jest jeszcze najwyższa. Start w Jaśle miał być prawdziwym sprawdzianem. Nie było go w ogóle i tą rolę przejął Maraton Kresowy w Wasilkowie. Rok wcześniej był to mój drugi start i wcześniej, bo 16 kwietnia. I przede wszystkim był to bardzo mocny start i wejście w sezon. Charakterystyka trasy mi odpowiada, całkiem dużo podjazdów i ciekawych ścieżek, dodatkowo nie ma sekcji na których możesz odpuścić i się nudzisz. Ma to wpływ na peaki mocy, które jeśli chodzi o dłuższe zakresy są spore. Tutaj się ciśnie po prostu cały czas na maksa. W tamtym roku pojechałem cały maraton na średniej mocy 236W, co mi dało 3,52 W.kg, przy NP 258. Najważniejszy dla jazdy na maratonie peak z 20 minut był 278W (4,15 W/kg, NP 286W), a 60 minut 253W (3,78W, NP 269W). Cyfry te przebiły w zasadzie dopiero dwa jesienne maratony: w Szczawnicy i Wierchomli. Dwa początkowe starty tego sezonu to moce dobre 40W niższe we wszystkich zakresach. Dużo do nadrobienia i pytanie, czy w Wasilkowie uda mi się do zeszłorocznych wiosennych, najlepszych wyników dobić?

Na zawodnikach z czołówki te cyferki powyżej nie zrobią żadnego wrażenia. Bo Ja, mam tą świadomość, do czołówki nie należę i nie aspiruję wysoko. Mój czas na rozwój już minął, późno zacząłem trenować i startować, teraz w wieku ponad 40 lat nie nadrobię już straconego czasu i nie będę się już rozwijał jak młodzik. Teraz w zasadzie to już się cofam i utrzymanie się na odpowiednim poziomie jest wyzwaniem. A dołożenie każdych 10 czy 20 następnych watów cieszy strasznie. Nie wygrywam z konkurencją w kategorii, która ma z reguły więcej doświadczenia i wiele lat treningów za sobą. Wygrywam za to z sobą samym, motywując się do treningu, startów i walki. Nie staję na pudle, przyzwyczaiłem się do czwartych i piątych miejsc w kategorii, każdy lepszy wynik jest wielkim zaskoczeniem i potężnym kopem pozytywnych emocji. Stawiam za to sobie cele swoje osobiste, własne, które mierzę za pomocą cyferek. Tutaj miernik mocy jest doskonałym substytutem listy z wynikami po każdym maratonie 🙂 Patrzę na te cyferki i widzę w którym miejscu jestem. I to mi daje naprawdę wielką satysfakcję i motywację do dalszych startów i treningów.

Stając więc na starcie w Wasilkowie przede wszystkim chciałem się zmierzyć sam z sobą i swoimi wynikami sprzed roku. Stanąłem obok Tomka, ziomala z drużyny, z którym się ścigamy w tej samej kategorii. Ścigamy i tasujemy wynikami, raz ja jestem przed nim, innym razem on wygrywa. Ten start miał być pierwszym w sezonie, kiedy zmierzymy się bezpośrednio. Wiedziałem, że będzie ciężko i Tomek ma lepszą nogę niż rok wcześniej. Widziałem i czułem to już na zgrupce w Calpe, widziałem w Chęcinach. Pojechał na giga, ja na mega, więc się nie ścigaliśmy bezpośrednio, ale wynik i czasy na Stravie miał bardzo dobre i lepsze ode mnie. Reszty bezpośredniej konkurencji w kategorii na starcie nie widziałem, więc ciężko było cokolwiek jeśli chodzi o wyniki przewidywać.

Na ten jeden dzień majówki w Wasilkowie wiosenna pogoda powróciła. Czasami mam wrażenie, że Maratony Kresowe mają jakiś specjalny układ z pogodynką, który sprawia że z reguły zła pogoda w dzień maratonu robi sobie wolne i zostawia miejsce dla tej lepszej. Nie sprawdziło się to co prawda tydzień wcześniej w Mielniku (było zimno, był grad i śnieżyce), ale 1 maja za to okazał się najładniejszym dniem tegorocznej majówki na Podlasiu. Było słońce, nie za duży wiatr i temperatura w okolicach 12-14 stopni, a więc znośnie i wręcz rewelacyjnie, jeśli patrzeć na ostatnie tygodnie w pogodzie.

Organizacja jak to zwykle na Kresowych wzorowa, sprawne ustawienie w sektorach i start dokładnie o czasie. Na przedzie mocna, międzynarodowa obsada. Mam wrażenie, że kadra Litwy zrobiła sobie tego dnia niezły trening 🙂 Od początku ruszyli bardzo mocno, szarpnęli na pierwszej górce i zanim peleton dotarł do Studzianek i pierwszego poważniejszego podjazdu, już się podzielił na kilka grup. Nie lubiąc takiego początku odpuściłem w zasadzie od razu, oszczędzając energię i utrzymując swoje tempo. Zostałem w drugiej, niewielkiej grupie. Tomek trochę za mną, jak na dobrego wolnossącego diesla przystało. Rozkręca się zawsze chłop powoli, ale jak już wejdzie na obroty i przeskoczy turbodziurę, to prze do przodu. Czasami dziura jest zbyt duża i nie udaje mu się mnie dojechać. Tym razem robi to dość szybko. Lecimy więc większość dystansu razem, w niewielkiej grupie łapiąc odpadających z czołówki zawodników. Łapiemy też Sylwię, mistrzynię Litwy i liderkę klasyfikacji kobiecej MK, która jedzie z nami. Dziewczyna ma niesamowitą nogę, chociaż na większych górkach lub bardziej technicznych maratonach traci. Tutaj doskonale sobie daje radę, potrafi pociągnąć na płaskim.


Trasa w porównaniu do poprzednich lat uległa modyfikacji. Po części jest to winą zeszłorocznych nawałnic, po których Puszcza jest jeszcze pełna powalonych i połamanych drzew, gałęzi, nieprzejezdnych ścieżek i całkiem fajnych sekcji. Te bliżej Supraśla są cały czas nieprzejezdne, więc tegoroczny maraton to dwie rundy w okolicach Wasilkowa i Studzianek. Ale powiem szczerze, to co Mirek z ekipą w tamtych (wydawałoby się dobrze znanych) okolicach na potrzeby maratonu jeszcze wyczarował, to szacun. Trasa urozmaicona, ciekawa, z kilkoma dłuższymi podjazdami, kilkoma singlami a nawet fajnymi, krętymi i szybkimi zjazdami. Cześć trasy jechaliśmy w odwrotnym kierunku niż we wcześniejszych latach i też dobrze to wyszło. A profil trasy to całkiem ładny grzebień 🙂 Na dwóch rundach, które bez płaskiego startu i dojazdu do mety wzdłuż rzeki miały razem 50 km, wyszło około 800 metrów przewyższenia. Jak na nasze warunki bardzo dużo i za trasę naprawdę należy się piątka! W zasadzie dziesiątka, utrzymując moją skalę ocen, czyli 10/10 😉

Trasa bez większych trudności technicznych, chociaż po maratonie okazało się, że było jedno miejsce które zaskoczyło kilku (a może i kilkunastu) zawodników. Przejazd w poprzek przez leśną drogę, na dużej prędkości po zjeździe, wybijająca hopka, nierówności, wyhamowanie, drzewa. Dla niektórych niestety było to za dużo. Na pierwszej rundzie widziałem zawodnika przede mną który się tam dość niebezpiecznie wyłożył. Ale myślałem, że popełnił jakiś głupi błąd. Później wyszło, że miejsce było niebezpieczne i wymuszało błędy. A dyskusja w komentarzach i pod filmem, umiejscowionym na FB szła w kierunku, czy takie niespodzianki powinny się zdarzać na amatorskich zawodach i czy organizator nie przesadził przypadkiem (???). 

Powiem szczerze, nie zauważyłem w zasadzie tego miejsca i gdyby nie nagrania nie uznałbym go za niebezpieczne. Ludzie wybierają się na zawody “terenowe” i są zaskoczeni takimi prostymi trudnościami. Jasne, każdy może popełnić błąd i się wyłożyć nawet na prostym odcinku. Ale obserwując te filmy dochodzę do wniosku, że ludzie nie ćwiczą w ogóle techniki jazdy w terenie. Tłuką kilometry po asfalcie, szutrach, a później zaskakują ich proste trudności na trasie maratonu. A wystarczy co jakiś czas pojechać do parku lub lasu nie dla kilometrów, a dla samego czasu i szlifowania techniki. Wystarczy poskakać przez powalone drzewo, pokręcić się między drzewami. Jadąc drogą skakać z jednej strony na drugą przez koleiny, garby, luźny piach. A nawet w parku po krawężnikach poskakać, stójkę zrobić, pokręcić się po ciasnych alejkach. Niby niewiele, a dużo może dać i uchronić przed poważnymi kontuzjami. I unikamy dyskusji pod tytułem “za trudna trasa”, która w odniesieniu do maratonów na naszym terenie jest niepotrzebna.


Wracając do samych zawodów, do dwóch godzin jechałem swoje utrzymując się w grupie i trzymając Tomka koło. Kilku zawodników odpadło, została nas czwórka, w tym Sylwia. Miała na drugiej rundzie problem techniczny na jednym sztywnym podjeździe za bufetem i została z tyłu. Dla mnie po tych dwóch godzinach, mimo ciągłego picia i wciskania żeli, skończyło się paliwo i nie dałem rady koła dłużej trzymać, zaczęło brakować 10-20W. Cały czas walczyłem, odpadałem na dwie – trzy dlugości, spawałem, znów odpadałem. Aż wreszcie z trzech długości roweru zrobiło się pięć i Tomek mi umknął. Sylwia dogoniła, potrzymała się chwilę, a później też uciekała. Ostatnie więc kilometry po mokradłach wzdłuż rzeki jechałem już sam, doganiając końcówkę półmaratonu i podziwiając jak człapią w błocie 😉


Mimo, że na metę wjechałem czwarty w kategorii, to zadowolony 🙂 Dobry to był wyścig, pogoda dopisała, trasa naprawde bardzo pozytywnie zaskoczyła i pokazała potencjał drzemiący w moich okolicach. Plusem wypadnięcia poza podium zawsze jest to, że wcześnie można wracać do domu 😀 Po 15.00 byłem już w Czarnej i pucowałem bajka po pozostałościach leśnych bagnisk i nadrzecznych mokradeł 🙂

Góra listy wyników MK w Wasilkowie to międzynarodowe grono. Top10 to 8 Litwinów (pisałem już, że niezły trening kadry sobie zrobili 😉 ), wygrał Sarunas Pacevicius. Jeden Polak na drugim miejscu (Patryk Muśko) i jeden Białorusin do kompletu, jak na międzynarodowy maraton przystało (na 9 Andrei Murygin). Na trzecim miejscu podium uzupełnił Paulius Natelevicius, także z Litwy jak się można domyśleć 🙂

W mojej kategorii dwa pierwsze miejsca to Litwini, Tomek trzeci (gratulacje! mocny byłeś), no i ja czwarty. 

A z czego jestem zadowolony? Ze swojej dyspozycji i formy w tym momencie sezonu. Peaki mocy na bardzo dobrych wartościach. Średnia moc z maratonu 252W (3,74 W/kg) przy tętnie 168 i NP 266W. Peak z 20 minut to 275W (4,09 W/kg, NP 283), z godziny 265W (3,94 W/kg, NP 280W). Oznacza to jak narazie najlepszy mój start w sezonie, lepsze cyfry niż rok temu i wzrost FTP do wartości 265W. Dlaczego mam więc być nie zadowolony? Wygrałem! 😀

Za zdjęcia dziękuję dla: Alina Sosnowska :-* , Marek Kulikowski, Pijący Mleko.

Filmy na maratonie kręcił i gleby uwiecznił: Paweł Nowosielski. Więcej filmów z maratonu i nie tylko można obejrzeć i ocenić na jego kanale na YouTube.

Zadowolony :)

Maraton Kresowy Wasilków – na mecie